6 października 2015 aniversum 18Comment

Gdy tylko pojawia się możliwość ponarzekania – jestem pierwsza w kolejce. Przepycham się do mównicy i chętnie dzielę się wszystkim, co mi się nie podoba. Gdyby istniały Mistrzostwa Świata w Narzekaniu, to nie wiem kto by wygrał, ale na pewno by mi się to nie podobało.

Tym chętniej przystąpiłam do projektu Klubu Polki na Obczyźnie, w ramach którego mieliśmy opisać trzy rzeczy, do których nie możemy się przyzwyczaić w kraju naszej emigracji. Taka okazja nie mogła mi po prostu przejść koło nosa!

We Francji mieszkam już kilka lat (zakładając, że kilka to więcej niż parę, a para to dwa). Minął mi już pierwszy szok gastronomiczny – Francuzi jedzą wszystko, co morze wyrzuci na brzeg, od ośmiornic, przez ślimaki aż po stare buty. A może to był ser? Moja partycypacja w kuchni tego kraju ogranicza się do tego, że czasami przechodzę obok regałów z mulami i zatykam nos mijając sery. Nikt nie chce ze mną chodzić do restauracji, bo mam odruch wymiotny na widok końskich języków i nie umiem się pohamować, żeby nie okazywać swojego aktualnego zdania na temat zawartości talerza innych ludzi. Na szczęście w Alzacji można zjeść regionalne danie, które w smaku przypomina pierog ruski, więc jestem uratowana. Mogę powiedzieć, że kuchnia francuska i ja doszłyśmy do konsensusu i omijamy się coraz szerszymi łukami (nie, że z niechęci, tylko po prostu potrzeba coraz szerszego łuku, żeby mnie ominąć).

Esencją tego kraju są też ludzie. W Polsce mówi się o Francuzach, że są zarozumiali, aroganccy i pozbawieni poczucia humoru. To wszystko prawda. Nie wiem dlaczego, kiedy ostatnio na rodzinnym francuskim opowiedziałam żart:

– Wiecie jak zatrzymać francuską kawalerię?

– Jak?

– Odłączyć karuzelę od prądu.

To śmiałam się tylko ja. A w Polsce wszyscy się śmiali z tego żartu! Tak, Francuzi to specyficzni ludzie. Do tej pory jestem w szoku, kiedy na spacerze przechodnie mówią mi dzień dobry. Kiedy wchodzę do sklepu, a tam zazwyczaj wszyscy są uprzejmi. Kiedy moja lekarka bierze za dobrą monetę moje kilka słów po francusku, z których pewnie wynika, że brakuje mi jakiegoś zakrętu w mózgu, ale wspólnymi siłami udaje nam się dogadać. Gdy kupuję chleb, sprzedawca nie odwarkuje mi w odpowiedzi, ale ciągnie jakąś gadkę-szmatkę, nawet jeśli słyszy dokładnie, że w jego ojczystym języku mogę sobie najwyżej zaśpiewać Panie Janie… bim bam bom.

Tak, ta serdeczność jest okropna! Ona doprowadza nas do kolejnej rzeczy, której nie mogę objąć umysłem. Pozdrowień. No, bo wyobraźmy sobie, wchodzisz do sklepu, niby kupujesz jajka i chleb, ale wiesz już, że na końcu tej przygody czai się zasadzka. Sprawdzian z asymilacji. Czy zdasz? Ośmieszysz się? Zrobisz z siebie buca? Wszystko jest możliwe, kiedy już chowasz paragon do portfela, sprzedawca życzy ci… No czego, kurwa, czego dzisiaj! Nigdy tego nie wiem, czy akurat będzie to:

  • Miłego dnia – Bonne journee!
  • Miłego popołudnia – Bonne après-midi!
  • Miłego wieczoru! – Bonne soiree!
  • Miłego weekendu! – Bon weekend!
  • Wesołych świąt! – Bon fetes!
  • Przyjemnych ferii! – Bonnes vacances!

Nigdy tego nie wiem! Zanim w głowie wymyślę, co by tu powiedzieć, on już mi powiedział, żebym miała coś miłego. Odpowiadam tylko:  Nawzajem i czmycham, zaplątana w te wszystkie pozdrowienia i konwenanse.

Od pożegnań jest gorsza tylko jeszcze jedna rzecz. Powitania. Gdy byłam dzieckiem, każda wizyta gości była dla mnie traumą, bo oznaczała, że jakaś daleka ciotka czy nieznany z imienia wujek, będą mnie całować w policzki. Brrr! Do tej pory muszę w sobie przełamywać wiele barier, żeby nie wyjść na nierodzinną. Ale to dopiero Francja wyrwała mnie z mojej sfery komfortu – tutaj nie tylko rodzina ma prawo atakować cię z ryjem. Każdy nowo poznany Francuz chętnie wymieni na powitanie kilka pocałunków. Dwa, ściślej mówiąc, co prowadzi do niezręcznego zawahania ze strony polskiej, gdzie zwyczajowo ta tortura jest 50% dłuższa.

Poznałam ostatnio sześć nowych osób, na jednej rodzinnej imprezie. Każdy pocałował mnie dwukrotnie na powitanie i dwukrotnie na pożegnanie. To daje 24 powody do puszczenia pawia. Szczególnie, że na takich spotkaniach podaje się ser, który no… Mózg małpy zamknięty na tydzień w słoiku pachnie lepiej niż te serowe oddechy. Ale może to tylko mój wrażliwy nos tak grymasi.

Okazało się, że straszny ze mnie francuski piesek.


Jeśli chcecie wiedzieć, do czego nie mogą przyzwyczaić się inne blogerki, zajrzyjcie na stronę projektu.

Wczoraj o tym, do czego trudno przyzwyczaić się w Austrii pisała Ania Sikora z bloga www.annasikora.at.

Jutro zapraszam was na bloga  www.154dni.pl, gdzie Adrianna opowie co denerwuje ją w Niemczech, nie mogę się doczekać!


Jesienny projekt Klubu Polki na Obczyźnie dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Bądźcie po prostu dobrymi ludźmi i wesprzyjcie akcję dowolną kwotą. Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Coś podobnego:

  • AnnaSikoraAt

    No jak zwykle pojechałaś po betonie. 🙂 Są sery,są, a jak. Ale reszta jest nieszkodliwa. W Austrii jest tak samo z podwójnym przykładaniem policzka. To hamowanie między 2 a 3 jest zawsze tak samo niezręczne.

  • Pingback: PROJEKT JESIENNY - Klub Polki na Obczyźnie()

  • Hej, bo wychodzi na to, że Polacy nie mogą przyzwyczaić się do miłych rzeczy!

  • Ako

    oj to całowanie każdy z każdym tez osłabia mnie w Belgii i nigdy nie wiem ile razy cmok, cmok i z której strony 🙂

  • Wszechobecne bisous bleeeee az mnie wzdryga na myśl o tym ze nie z najbliższa rodzina czy z kim chce tylko każdy z r…em leci. Znajomy znajomego znajomego , sąsiad sąsiada matki itd itp. U mnie to tez jeden z powodów dla których moja strefa komfortu zostaje naruszona za bardzo. Ale moja kolej 16 października wiec jeszcze poczekacie 😉
    Na to co mi sąsiad czy pani w sklepie tez nigdy nie jestem gotowa bo raz o 17 jest dobry wieczór a raz już dużo wcześniej gdzie jestem przyzwyczajona ze to jeszcze dzień dobry. Oj znajdzie sie trochę powodów. Na szczęście na plus tez wiele 😉 super wpis.

  • Opowiedz Francuzom dowcip o Belgach, to bedą sie podkładać ze śmiechu 🙂 Dobrze, że nie chodziłaś do liceum w Paryżu : 4 cmoki obowiązkowo. To ile cmoków gdy sie spotka dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, porozmawiają 5 minut i znów sie pocmokaja na pożegnanie ? Chyba powinniście przeprowadzić sie do Belgii, tam tylko jeden cmok. Albo moze do Finlandii? Tam niedźwiadka robią bez cmokow :))))
    Co do kuchni, to akurat ja pokochałam wszystko to czego ty póki co nie lubisz. Pisze „póki co”, bo to tylko kwestia czasu.
    Pozdrawiam Z hotelu kilka ulic dalej 🙂

  • Pingback: Rzeczy, do których nie mogłam przyzwyczaić się w Niemczech()

  • Przewrotnie… Hm 🙂

  • Ahaha, uśmiałam się do łez. Uwielbiam Twoje poczucie humoru. Ostatnio oglądałam „Spódnice w górę” i tak mi się zamarzył Paryż. Muszę te wszystkie wspomniane przez Ciebie niedogodności przetestować, bo nie wierzę:)

    • Dziękuję!
      Będę w Paryżu za tydzień, to ci opowiem co tam mi przeszkadzało (poza tym, że metro nie jest po to, żeby nim jeździć z dzieckiem w wózku!) 😉

  • Gosia

    Jesli chodzi o pozdrowienia, to cierpliwosci – ja po 9 latach w Belgii mam je opanowane do perfekcji, na początku miałam ten sam problem, mimo iz znałam już francuski 🙂 Jeszcze kilka lat ćwiczen i ogarniesz. Jesli jeszcze nie robisz tego automatycznie, spróbuj przed wejsciem do sklepu szybko przywołać w głowie zestaw – która jest godzina, dzien w tygodniu i moment w roku, bo może akurat piątek, a może wlasnie zaczynają się wakacje? Ja tak robiłam i pomagało :-). Pozdrowienia zdarzają się tez w windzie, wtedy trzeba jeszcze szybciej reagować ;-))). A z tym dowcipem o Belgach dla Francuzów to trafione, nie powiem! Chyba będę częsciej tu zaglądać bo oboje z mężem bardzo lubimy Alzację, ale wiem, że co innego lubić i bywać, a co innego mieszkać, jak wszędzie…;-)

  • Ewi

    Super artykuł. Czytałam na jednym wdechu z szerokim uśmiechem na twarzy. Sama jestem antytalenciem w pisaniu nawet przepisu prostej szarlotki. Dlatego tym bardziej doceniam szczerą publikację, jakże mi bliską. Pozdrawiam!

  • Pingback: Do czego nie mogę przyzwyczaić się w Irlandii | MyCarlow()

  • Justyna

    Ja się dziwię, że rodzina jeszcze się do Ciebie odzywa po takim dowcipie 😉 . Równie dobrze mogłabyś na spotkaniu polskich weteranów wojennych zapytać, jak zatrzymać polską kawalerię? nie trzeba zatrzymywać, bo wszyscy leżą i śpią nachlani.
    Francuzi są bardzo wrażliwi pod względem miłości własnej. Inny dowcip mówił o tym, jak się natychmiast wzbogacić. Kupić Francuza za tyle, ile jest wart i odsprzedać go za tyle, na ile się wyceni. Dość dobrze pokazuje ich przekonanie o własnej wyższości. Są bardzo przywiązani do swojej kultury i języka (komputer po francusku to ordinateur, choć cały świat przejął słowo angielskie; nie wiem jak jest z czeskim, jest pan netoperek, to może i komputer ma inną nazwę…), raczej dlatego nie mówią dobrze po angielsku. Po prostu nie chcą. Twierdzą, że jeżeli ktoś przyjeżdża do nich, to powinien mówić po francusku, i tyle. Nie powiem, żeby to było takie złe.
    Buziaki też mnie kiedyś szokowały, ale można się przyzwyczaić. Sery uwielbiam, choć jeden taki powąchałam z daleka i wystarczyło, pamiętam do dziś, a minęło 20 lat. Wina są dobre, mule… mniam!
    Francuzi są sympatyczni, choć mają swoje fiksacje.
    Mnie bardzo podobają się we Francji różne festyny w małych miejscowościach, pchle targi i wyprzedaże garażowe 🙂

    • Dowcip o kupowaniu Francuza jest przepiękny 🙂 Zaraz go opowiem memu domowemu francuzowi ;-P

  • Justyna

    Mam nadzieję, że się nie obrazi 😉

  • BB

    śmiesznie było