Antyterroryści zabrali mój samochód!

Był słoneczny czwartkowy poranek. Kiedy o 7:30 budzik wyrwał mnie ze snu o torebkach, nie wiedziałam jeszcze, że kolejne dni przyniosą pot, łzy i cierpienie. Chociaż mogłam się tego spodziewać – przerwanie snu o torebkach to zawsze zły znak.

Jak wiele wydarzeń musiało się spleść w wielki warkocz nieprawdopodobieństwa, żeby to wszystko stało się jednego dnia?

Pierwszy raz w tym roku była moja kolej odstawienia córki do przedszkola. Każdy, kto był we Francji w ciągu roku szkolnego i musiał coś załatwić w okolicy dowolnej szkoły wie, że łatwiej jest znaleźć zagubione kociątko na placu Świętego Piotra w Watykanie podczas trwania Anioła Pańskiego (Aniołu? Anioł?). Obłęd w oczach rodziców, pierdolec w oczach dzieci (a bywa, że i odwrotnie), ludzie biegają we wszystkich kierunkach, ci co już mogą głośno puścić Led Zepplin, bo dzieci są pod opieką nauczycieli, trąbią na tych, którzy jeszcze wspominają poranną kawę i z nieobecnym wzrokiem odprowadzają swoje potomstwo. Armagedon.

Więc ja na myśl o tym, że oto mam być częścią tego spektaklu lekko się stresowałam. Poganiając Emmę, złapałam jedną ręką klucze, drugą ręką brakującego buta i pognałyśmy do samochodu. Miałam mało czasu nie tylko na odwiezienie Emmy, ale tez na powrót i przygotowanie się do bardzo pracowitego dnia, pełnego spotkań, ważnych rozmów i rzeczy do napisania.

Pojawiła się presja czasu, bo drzwi do przedszkola zamykano o 8:45. Co prawda to przedszkole jeszcze zostawia szansę, że się dobije do środka. Przedszkole Syna Starszego powinno mieć środkowy palec jako znak rozpoznawczy.

Obie drogi prowadzące do przedszkola były kompletnie zakorkowane. Stojące łańcuchy samochodów lśniły w porannym słońcu. Smród spalin i upał zaczynały być uciążliwe. Kiedy dotarłam do centrum Stasbourga, została tylko jedna rzecz do zrobienia. Zaparkowanie samochodu. Jako rodzice dzieci z okolicznego przedszkola, możemy zaparkować samochody na chodniku, na czas odprowadzenia progenitury. Kłopot polegał na tym, że krawężnik był wysoki, a ja nie skręciłam kół do końca. Efektem był taki dźwięk: Pyk, tsssss… 

Wspaniale. No cóż, płaskie opony się zdarzają. Sama bym chciała, żeby moja opona była płaska, ale kiedy o tym myślałam, miałam na myśli okolice brzucha, a nie okolice centrum miasta. Odprowadziłam Emmę, chociaż już wtedy przeczuwałam, że znalazłam się w przedsionku dupy.

Ilość kół zapasowych: zero.

Chociaż to niewiele by mi pomogło, bo pojęcia nie mam jak się zmienia koło. Jednak miałam ze sobą telefon, a w internecie na pewno można znaleźć na to sposób. A jak nie, to zacząć dzwonić do wszystkich znajomych z okolicy, na pewno ktoś by się zlitował.

Ojciec Dzieciom był właśnie w autobusie na autostradzie. Wybrał się na szkolną wycieczkę, nie wiem co go podkusiło. Zanim rozładował mu się telefon, zdążył mi powiedzieć, że jak wróci to pójdzie zmienić koło, żebym se wracała do domu.

Jak?

Nie miałam ze sobą pieniędzy. Wyciągnęłam wszystkie samochodowe dywany w poszukiwaniu drobnych. Nie ukrywam, że opanowała mnie lekka panika, bo chociaż drobnych było sporo – biletomat ich nie przyjmie. W międzyczasie odwoływałam wszystkie swoje spotkania i plany. Nie cierpię tego robić.

Znalazłam. Przybytek zamknęłam i radośnie pomaszerowałam. Na przystanku okazało się, że zabrakło mi… 5 centów. Poratowała mnie jakaś kobieta, której byłam ogromnie wdzięczna.

Cała ta sytuacja wprawiła mnie w kiepski nastrój, chociaż starałam się myśleć logicznie, że to tylko koło. Najgorszym wtedy scenariuszem byłby mandat za złe parkowanie, chociaż ciężko było to nazwać „parkowaniem” i chętnie bym stamtąd odjechała, jednak jazda na pustym kole skończyłaby się uszkodzeniem samochodu.

Ojciec Dzieciom na ratunek!

Chłop wrócił, ogarnął życie i wybrał się po samochód. Dla niego większość rzeczy nie jest problemem i wszystko da się zrobić. Nie ukrywam, że takie nastawienie jest krzepiące. Słońce zaczynało znowu świecie w mojej głowie.

Dopóki nie okazało się, że samochód… zniknął.

To mnie trochę zdenerwowało, chociaż też można się było spodziewać, że służba drogowa go odholuje. Jednak życie nie mogłoby być takie proste. Bez tej odrobiny dreszczyku.

Na policji okazało się, że to nie żadna służba drogowa tylko… patrol antyterrorystyczny zainteresował się naszym samochodem. Trochę im się nie dziwię: spod kierownicy zwisają kable, które rozwiązywały problem z elektrycznością (po kilku miesiącach kombinowania, Ojciec Dzieciom usprawnił proces uruchamiania samochodu i zamiast klucza, jest tam jeszcze przycisk), dywany były poruszone lub kompletnie wyciągnięte na siedzenia. Ze skrytki pasażera wszystko wyciągnęłam na podłogę w poszukiwaniu dziesięciocentówek. W dodatku w bagażniku dało się zauważyć aluminiową walizkę Ojca Dzieciom, w której było urządzenie do pomiaru dawek promieniowania w szpitalach zajmujących się radioterapią (taka praca). No i jeszcze ta pusta opona, a samochód zaparkowany między szpitalem a zespołem przedszkoli i szkół.

Podobno myśleli, że to podejrzane, a samochód jest ukradziony.

Ciekawe jakie mieli miny, gdy dowiedzieli się, że tak naprawdę ten chaos spowodowała zdesperowana pani psycholog w poszukiwaniu pieniędzy na bilet, a pomocy drogowej nie wezwała, bo francuski nie jest jej mocną stroną.

Wiem natomiast jakie miny mieli policjanci, którym tłumaczyliśmy gdzie jest nasz samochód. Drapali się w głowę, tak samo jak my.

Samochód przenocował na policyjnym parkingu.

Tam antyterroryści sprawdzili jakie odciski palców można znaleźć w środku i na zewnątrz. Kiedyś, kiedy Ojcu Dzieciom udało się w końcu naprawić ten samochód samodzielnie, odbiłam na masce swoje usta wymalowane szminką. To miejsce było wyjątkowo grubo pokryte czarnym pyłem do ściągania odcisków. W środku znaleziono takie dowody zbrodni jak: lekko nadgniły banan, dobrze wysuszone bananowe skórki, kilka niedojedzonych kanapek, naderwana książeczka, samochodzik i to, co zostało z balonika.

Wczoraj wieczorem naprawiono nam koło, a ubezpieczyciel odholował samochód. Już jest znów bezpieczny w moich ramionach.

Moja rada: nie zostawiajcie bałaganu w samochodach. I nie wstawajcie przed 7;30, szczególnie, gdy śnią się wam torebki.

Najadłam się, nie tyle strachu, co czipsów stresu i naprawdę nie było mi wesoło.

Aha, nie dostałam mandatu za parkowanie.

Coś podobnego:

Podziel się:

Dodaj komentarz

9 komentarzy do "Antyterroryści zabrali mój samochód!"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Olga Nina
Gość

Kurde ale historia… ale uwielbiam Twój styl pisania – opona płaska, ale nie ta na brzuchu… 🙂

aniversum
Gość

Trzeba uważać, czego sobie życzymy!

Anna Hofstätter
Gość

Ha ha, uśmiałam się! A już chciałam zapytać ile ta akcja Cię kosztowała a tu nic. Szczęściara.

aniversum
Gość

Trochę mnie kosztowało holowanie samochodu 🙂

Agata *Skylar* Bro
Gość

O rany, jak ja lubię Cię czytać! Uśmiałam się z Twojego nieszczęścia co niemiara, ale tylko dlatego że tak dobrze to opisałaś 🙂
Sny o torebkach… ehhhh….. też na to choruję 🙂

aniversum
Gość

Walczysz z nałogiem? 😉

Dorota Wernik
Gość

Po kilku tygodniach wróciłam do tej przygody, bo potrzebowałam się trochę pośmiać. Super-ekstra historia na jeden z odcinków serialu o życiu matki. 😀

Anna M-a
Gość

Wspaniale napisane,czyta się świetnie! Wiem, że Tobie nie było do śmiechu podczas tej przygody, aleja czytając uśmiałam się 😉

trackback

[…] sobota, która wypadła po maratonie Pilnych Spraw. Ale zawsze mogło być gorzej! Na przykład antyterroryści mogli odholować mój samochód […]

wpDiscuz