Bliskopad – bądźmy bliżej z dziećmi, ze sobą

Jeszcze do niedawna pojawiała mi się niepokojąca wysypka psychosomatyczna, kiedy słyszałam jak ktoś mówi o rodzicielstwie bliskości.

Muszę sobie zrobić testy alergologiczne, bo chyba wszelkie definicje, terminologie i reguły przyprawiają mnie o ból dupy głowy.

Coraz częściej stosuję w życiu zasadę: „Jak czegoś nie lubisz, poznaj to” i nawet czasami działa.

Zdecydowanie nie działa w przypadku brokułów i gotowanej marchewki. Jeśli chodzi o koncept rodzicielstwa bliskości, to nawet nie jest kwestia tego, że nie lubiłam tego konceptu czy dzieci. Dzieci są nawet spoko, jeśli je dobrze ugotować…

Z rezerwą podchodzę do tworzenia kolejnych schematów. Jak to śpiewał Grabaż: „Szczęście polega na tym (…) by z prostych rzeczy nie tworzyć intelektualnych labiryntów”.  I ja tak lubię, wszystko prosto jak cios w nos. Dotarło do mnie, że się na swym rączym koniu rozpędziłam i to, co dla mnie jest oczywiste, dla innych może być odkryciem. Że zebranie miłości w teorię bliskości może być wykrzyknikiem po słowie „EUREKA”.

Dołączyłam więc do akcji Bliskopad organizowanej przez Bliskostwory, żeby opowiedzieć wam, jak to robię, że moje włosy są takie piękne i lśniące. A nie, żeby opowiedzieć, co robimy w naszej patchworkowej rodzinie, żeby dzieci były szczęśliwe i czuły się kochane.

Całe życie marzyłam o dziecku, więc na początku mojego rodzicielstwa zachwyciła mnie opcja zasypywania dzieci prezentami, zabawkami i tak dalej. Z czasem się ogarnęłam, że to nie kolejnego pluszaka czy grzechotki potrzebują dzieci, ale kogoś, z kim będzie się można bawić tym, co już mamy. A właściwie, po prostu kogoś.

Kiedy wspomniałam Ojcu Dzieciom, że będę pisała na temat tego, jak stworzyć więź ze swoim dzieckiem, powiedział:

– Kiedyś mi powiedziałaś, że trzeba być zainteresowanym tym, jakim dziecko jest człowiekiem i rozmawiać o ważnych dla niego rzeczach.

Prawie się zdziwiłam, że miewam takie spontaniczne przebłyski geniuszu, ale w sumie zaczęłam już do nich przywykać.

Moja recepta

Jest bardzo prosta. Traktujemy dzieci jak ludzi. Nie jak dorosłych, bo dzieci nie są małymi dorosłymi. Są małymi ludźmi. Mają swoje opinie, przemyślenia, odczucia, wrażenia, problemy. Rozmawiamy z nimi o nich na ich poziomie. Nazywamy ich uczucia, pozwalamy, żeby byli źli, smutni, czasami nawet z naszego powodu. Fajnie, jak sprawiamy dzieciom tylko przyjemność, ale czasami niektóre nasze decyzje mogą im się nie podobać i mogą to niezadowolenia wyrazić. Może im się nie podobać, że w dni szkolne nie ma grania na komputerze, mogą się nawet na nas obrazić za to, trudno. My, jako rodzice musimy wziąć te emocje na klatę, nawet jakby się chciało powiedzieć: Marsz do swojego pokoju!

Podstawą naszych relacji jest rozmowa.

Drugim ważnym aspektem jest… zabieranie dzieci ze sobą. Na zakupy, na spacer, do warsztatu, do restauracji. Włączanie ich w codzienne czynności, takie jak gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa. Robienie niespecjalnych rzeczy razem daje nam ( i mam nadzieję, im też) poczucie, że budujemy coś razem, jesteśmy rodziną. Wiecie, nie jesteśmy w komplecie na codzień, bo chłopcy są u nas przez połowę miesiąca, a drugą połowę spędzają ze swoją mamą. To też wymaga od wszystkich wiele delikatności, kompromisów i zrozumienia. Bo oczywiście nie wszystko co robimy podoba się matce chłopców i jej niektóre decyzje spędzają mi uśmiech z twarzy.

Doszłam już dawno do wniosku, że najważniejsze co możemy dać dziecku, to naszą uwagę, czas i sympatię.

Ze swojego dzieciństwa nie wspominam jakie to dostawałam wspaniałe prezenty, ale że moja chrzestna zawsze o mnie pamiętała, że bawiłyśmy się razem w foczki. Nie pamiętam obejrzanych bajek, ale pamiętam wyprawy na sanki z tatą, gotowanie z babcią, rozmowy z mamą, wycieczki z dziadkiem. To ludzie, którzy nas kochają budują nas i nasze życia. Staram się mieć to zawsze z tyłu głowy, kiedy do wyboru mam odkurzanie, pisanie czy wspólny wyścig samochodzików w korytarzu.

W tym miejscu pasuje mi cytat, który wykorzystałam już kiedyś na blogu (tutaj):

 Zastanawia mnie, co dzieje się z pamięcią na przestrzeni lat. Nie pamiętam mojej rodziny, nie pamiętam ich twarzy ani sposobu w jaki mówili. Wczoraj patrzyłem na Lenę, jak zasypiała. I myślałem o tych tysiącach małych rzeczy, które robiłem dla niej jako ojciec. I robiłem je specjalnie, żeby je pamiętała. Jak już dorośnie. Ale  z czasem… Nie będzie pamiętała nawet jednej. 

Tylko nasze

Mamy takie rzeczy, które robimy tylko we dwie, Emma i ja. We dwie podróżujemy, oglądamy bajki, a gdy kładę ją spać, śpiewamy sobie razem. Od niedawna śpiewam nie tylko piosenki, które pamiętam z przedszkola, ale też polskie kolędy, pieśni żołnierskie i Rotę (uważajcie na słowa!). W ten sposób pokazuję jej trochę Polski, którą ja znam. Chcę, żeby czuła się Polką i pracuję nad tym.

Chyba każdy człowiek chce mieć coś, co robi tylko  z mamą, tylko z tatą. Nawet jak się ma rodzeństwo, to taki czas się dziecku należy (nie chcę mówić, że jak psu buda!).

Podsumowując

Prezenty są fajne (chętnie przyjmę każdą ilość), ale najfajniejsze jest to uczucie, że jest się dla kogoś ważnym, że ktoś widzi w nas człowieka, że dla kogoś jesteśmy interesującymi ludźmi. Mój przepis na bliskość? Lubienie się.

A jaki jest twój?  Co wyjątkowego pamiętasz ze swojego dzieciństwa?


Zajrzyjcie na fanpage Bliskostworów, tam możecie na bieżąco śledzić wszystkich blogerów, którzy biorą udział w akcji i poznać ich sposoby na to, jak być bliżej. Ja zapraszam też na fanpage na Facebooku i do obserwowania mojego konta na Instagramie .

Coś podobnego:

Podziel się:
  • Mira Jurecka

    <3 dziękuję!

  • Też mnie to zawsze dziwi, że ludzie mają potrzebę tworzenia nazw, teorii i „izmów” na wszystko. Właśnie ostatnio u siebie rozprawiałam się z modą na minimalizm zamiast zwykłego zdrowego rozsądku w nabywaniu przedmiotów. Moda na rodzicielstwo bliskości zamiast zwykłego szacunku, miłości i komunikacji podobnie mnie dziwi.

    • Właśnie „moda”. Też tak o tym myślałam. Ale potem popatrzyłam na efekty wychowania z czasów PRL między innymi. Ogromny wskaźnik zaburzeń, depresji, ludzi cierpiących na brak miłości. Wtedy była taka „moda” żeby dzieci trzymać krótko, a one same miały być cicho. Teraz to wychowanie wygląda inaczej i często pozwalamy dzieciom przekraczać granice. Ale ta teoria czy też metoda rodzicielstwa bliskości zbiera w jednym miejscu coś, co inni nazywają „normalność”, a dla innych, być może tych, którzy wzrastali w domach pozbawionych ciepła, jest odkryciem. Moim zdaniem dobrze jest pokazywać ludzką stronę dzieci, bo w wielu mediach spotykam się z podejściem dzieci kontra rodzice. „Jak przetrwać” itd.

  • Piękny przepis 🙂
    Z rodzicielstwem bliskości jest jak z wegetarianizmem – problemem nie jest idea, a jej fanatyczni wyznawcy, którzy będą chcieli Cię rozszarpać, jeśli wspomnisz, że spanie z dzieckiem nie jest Twoją ulubioną czynnością.

    • To prawda. Można spać a można nie spać. Ważne, żeby nikomu nie działa się krzywda. A zadowoleni i zrelaksowani rodzice mają duży wpływ na to, że dziecko też będzie zrelaksowane:)

  • Amen <3

  • Przepiękny wpis!!! Ja pamiętam z dzieciństwa głównie zabawy na podwórku. Wszyscy od rana do nocy biegali na zewnątrz, a rodzice musieli nas zmuszać do powrotów na posiłki;) To było fajne, każdy dzień taki krótki, tyle rzeczy do zrobienia w grupie, tyle miejsc na jednym podwórku do odkrycia (mieliśmy ogromne wspólne podwórko dla kilku domów kilkurodzinnych). Z sąsiadami się żyło jak z rodziną. Pamiętam wspólne biesiady rodziców, a dzieci miały pozwolenie na nocne harce. To było coś <3