Chez maman, oui – czyli sprawdzian z macoszyństwa.

Trzeba mieć dużo dystansu do siebie, żeby znieść towarzystwo osoby, która ma zawsze rację. Wiem to na pewno, bo moi przyjaciele, jeszcze mnie nie zabili. Ani rodzina. Ani Ojciec Dzieciom…

Nie mogę na to poradzić, że jakkolwiek chciałabym być jak Phoebe z Przyjaciół, to cały czas jestem jak Monika. Zanim schudła

Świat już przyzwyczaił się do tego konceptu, nikt mi nie próbuje wbijać wykałaczek w oko. Pojedyncze jednostki ograniczają się do przewracania oczami (co innego mogą poradzić w obliczu mojego Majestatu Który Wie Wszystko).

Dzisiaj nadszedł sprawdzian z bycia macochą. I nie był to, tak jak wczoraj, test mojej cierpliwości względem bałaganu w pokoju. Odkąd zamieszkałam we Francji minęły już prawie trzy lata, więc nieco zmian wprowadziłam w życie dzieci, z którymi musieliśmy się jakoś… dogadać (dosłownie i w przenośni). Pomimo wielu protestów i buntu na pokładzie, wyłączyłam telewizor, zabrałam czekoladowe płatki śniadaniowe (i zjadłam) i kazałam sprzątać swoje zabawki. Syn Młodszy nie pamięta tej rewolucji, ani tego jak testował na mnie swoją pierwszą histerię, nie wie też, że dzięki mnie nie sika do pieluchy do dzisiaj i nawet nie wie kiedy, zniknął smoczek. Syn Starszy pewnie jeszcze pamięta, jak na śniadanie była czekolada i od rana można było oglądać bajki, ale nie wypomina mi tego łaskawie, z radością nastawiając pralkę (!) i ciesząc się, że będzie jadł kanapki (SIC!). Jak każda matka i wiele macoch, zastanawiałam się, czy nie pozwalając im robić wszystkiego na co mają ochotę, ewentualnie ograniczając ich dostęp do telewizji, na pewno idę dobrą drogą. Dziś, jak już wspominałam, dostałam oficjalne potwierdzenie. High Five od społeczeństwa. Bilans czterolatka.

Ojciec Dzieciom zabrał tam Syna Młodszego, który chętnie rozmawiał z lekarką. A rozmowa ta wyglądała mniej-więcej tak.

– Powiedz mi, często oglądasz telewizję wieczorem? Albo rano?

– U mamy tak. I nawet gram na tablecie!

– A u taty?

– Nie, u taty nie.

– A powiedz, co jesz na podwieczorek?

– Jabłka, banany i gruszki, czasami.

– I żadnych cukierków ani ciastek?

– A, to u mamy tak!

– A u taty?

– Nigdy.

Na biurku lekarki stała ramka z obrazkami. Na tych obrazkach efekty pracy plastycznej dzieci, które oglądają telewizję dłużej niż trzy godziny dziennie i takich, które oglądają krócej niż godzinę. Na pewno każdy zna to porównanie, bo to najlepszy wskaźnik tego, co telewizja robi z mózgiem, a szczególnie z mózgiem młodego człowieka.

3a281df2b3d806514a501f5d2f931e8b

Jakiś czas temu z przedszkola Syna Młodszego dostaliśmy torbę na zakupy z rysunkami dzieci z całego przedszkola. Mając w pamięci ten obrazek, wskazałam dzieci, które spędzają dużo czasu przed telewizorem, ich obrazki wyglądały nie jak brak talentu czy chęci do rysowania, tylko jak efekt mózgu przemielonego przez telewizor. Razem z budą.

O jedzeniu słodyczy przez dzieci pisałam wielokrotnie i zawsze chętnie powiem, żeby nie karmić dzieci słodyczami. To nie jest Niewinny Smak Dzieciństwa, to tony kalorii, lata uzależnienia od cukru i góra chemii. Jeśli już jakiś słodycz, to nie ciastka, cukierki, tylko domowy wypiek, coś mało przetworzonego. Jestem przeszczęśliwa, że wycofano śmieciowe jedzenie ze szkolnych sklepików i stołówek. Dzieci słodzą kompot, bo są przyzwyczajone do cukru i to też, nie dlatego że mleko matki jest słodkie, a dlatego że rodzice je tak nauczyli. Nie uczcie dzieci jedzenia cukru, wyjdzie wam to wszystkim na zdrowie!

Pomimo tego, że w prywatnym rankingu fajności, Mama chłopców na pewno wygrywa, bo można grać na tablecie, jeść czekoladę i pić Colę (!!!12 łyżek cukru! kofeina! aspartam!), to cieszę się, że gdy życie mówi: „Sprawdzam!”, nie mam nic do ukrycia.

Coś podobnego:

Podziel się:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz