Coś pozytywnego

Naiwnie myślałam, że jak skończy się lato i zacznie jesień, to pogoda przejdzie spokojnie z „nie mam już co zdjąć” do jakiś sensownych temperatur. A tutaj nagle zrobiło się zimno, mokro i ktoś powoli odpina liście z drzew.

W tym wszystkim nastroju nie poprawia mi fakt, że … zgubiłam buty. Tak, zgubiłam buty. Oba. Lewy i prawy. Moje ulubione. Gdzieś je zostawiłam w Paryżu i dopiero w domu zorientowałam się, że to „gdzieś” wychodzi poza obręb mojego bagażnika. Bez butów (a to były jedyne kryte buty jakie miałam), jesień nieco mniej mi się podoba i inaczej ją sobie wyobrażałam.

Kiedy wchodzę do kuchni i myślę, że napiłabym się smoothie, szybko gaśnie mój zapał. Przypominam sobie jak w połowie lipca Ojciec Dzieciom (kulawy) przyleciał do polski z Chłopcami. Był krótko po operacji kolana, przyjechał na dwa tygodnie z dwójką dzieci (jak on sobie poradził na lotnisku o kulach?!) i z wielką walizką. Odebrałam go z lotniska w drodze powrotnej z  Vege Camp i to ja musiałam targać jego walizkę i swój wielki plecak. Jakież było moje zdziwienie, gdy po otworzeniu walizki znalazłam w niej… blender.

– Chłopie, przywiozłeś blender? – nie mogłam w to uwierzyć.

– No, miałem ochotę na smoothie! – odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem, spakować ciuchy trzech osób (na dwa tygodnie!) do jednej walizki i jeszcze wcisnąć tam blender. To był jeden z tych momentów, w których dziękowałam losowi za jego nietolerancję laktozy.

Blender został w Polsce a ja zostałam bez smoothies. I bez butów.

Mogłabym tak biadować i biadować, ale już dawno porzuciłam pesymizm na rzecz pragmatyzmu.  Zamiast załamywać ręce nad dziwnie zmieniającym się rozmiarem moich spodni, po prostu idę na siłownię i umawiam się na spotkanie z diet coachem. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, to wiecie, że obecnie pracuję nad Akademią Rodzica (a jeśli mnie nie obserwujecie, to zapraszam). Pisząc ten warsztat szczególną uwagę zwracam na język, jakiego używam. Od wielu lat staram się mówić i myśleć pozytywnie. Unikam używania słowa „NIE”, szczególnie w stosunku do dzieci, ale również do moich klientów czy w sytuacjach codziennych. Dlaczego? Ponieważ „nie” jest … nieskuteczne. Użyję starego przykładu:

Nie myśl o różowym słoniu!

Tak się jakoś dzieje, że nasz mózg udaje głuchego na słowo „nie”. Dlatego wszelkie zakazy, które kierujemy (szczególnie do dzieci), nie przynoszą szczególnie spektakularnych rezultatów.

Nie biegaj

Nie skacz

Nie krzycz

Nie bij

Nie ruszaj

Nie rób tak

Spróbujcie mówić to samo, ale inaczej. Może…

Zwolnij

Przestań

Mów ciszej

Więcej o tym, co nasz mózg wyłapuje i jak mówić do dziecka, żeby na pewno dobrze usłyszało (Nie kop pana, bo się spocisz!) – już niedługo w Akademii Rodzica.

A ja mam dla was jeszcze jedną „pozytywną” poradę. Dorośli od dzieci różnią się w zasadzie rozmiarem i ceną zabawek, dlatego ten sam trick działa i na nas. Kiedy patrzymy w lustro i coś nam przeszkadza w naszym wyglądzie albo kiedy w życiu coś się komplikuje, często myślimy:

„Nie chcę być gruba” albo „Nie chcę znowu w to brnąć”

Zgadnijcie co słyszy nasz mózg? Dokładnie to samo, co facet, kiedy mówimy:

Znowu nie wyniosłeś śmieci!

Myślcie pozytywnie, mówcie do siebie pozytywnie i swoje cele też stawiajcie pozytywne!


Sharing is caring – polub i udostępnij ten post, dołącz do mnie  na Facebooku, zajrzyj na Instagram!

Coś podobnego:

Podziel się:
  • Tak. To działa. Ale wymaga treningu. 🙂

  • O tak, podpisuję się pod tymi słowami o nie-mówieniu NIE. Mój starszy syn jest już tak wyedukowany, ze jak mi się zdaża nadużywać „nie” w kominukacji, to mnie przywołuje do porządku. A buty mnie rozbawiły, chociaż chyba lepiej zgubić parę niż pojedyńczego? Przynajmniej nie są samotne 🙂

    • Tydzień wcześniej Ojciec Dzieciom zgubił jeden but z ulubionej pary Emmy. Ten drugi przypomina nam o tym tragicznym wydarzeniu… ;-))
      Super, ze syn jest na to uczulony!