2 grudnia 2016 aniversum 8Comment

Jedną z moich nielicznych wad jest skłonność do sięgania po czipsy w chwilach kryzysu. Pracuję nad tym i efekt jest różny, ale raczej idziemy w dobrą stronę (czyli czipsy w inną, a ja w inną). Dzisiaj mam dla was wpis od wyjątkowego gościa – mojej najlepszej przyjaciółki, Anki z Porządków w Głowie. Oddaję głos do studia: 

Jak się średnio czuję, za długo siedzę w robocie albo w ogóle jakoś w znaczący sposób nakładam na siebie obowiązku, których naprawdę, ale to naprawdę nie chcę, często kończy się to tak, że łatwo sięga mi się po śmieciowe jedzenie.

Ostatnie wakacje były niczym w porównaniu z poważnymi problemami, które trudno jest rozwiązać, ale tak sobie jakoś upakowałam ten czas, że jakbym testowała ile jeszcze małych podłostek dam rade wytrzymać. I tak nawet wytrzymywałam, nawet mi spoko szło. Aż złapałam się na tym, że wracając z roboty jakoś tak wychodzi, że trafiam do spożywczaka. A spożywczaku patrzą na mnie czipsy i jakoś ja je tak przygarniam, czy coś. Przecież nie zrobiłam normalnej kolacji, jakiejś pasty, sałatki albo zupy, to mogę raz na jakiś czas zjeść czipsy, nie?

Wszystko bardzo pięknie, tylko złapałam się na tym, że te czipsy się do mnie przyturliwują prawie każdego dnia. To mnie trochę zaniepokoiło (przecież nie mogę takich śmieci jeść, przecież to tyle tłuszczu, tyle niepotrzebnej soli… nie wspominając już o tym, ile to węglowodanów). No i tak próbowałam sobie racjonalizować, dlaczego takich rzeczy jeść nie warto.

W międzyczasie troszkę się ogarnęłam i jesień rozpoczynalam już trochę z innym nastawieniem. Może nie że bojowym, ale mniej zrezygnowanym. Jeśli energia jest po jednej, a rezygnacja po drugiej stronie tej skali, to ja się zaczęłam powoli przemieszczać w kierunku energii. Nie że galopem, ale zawsze. Dzięki temu łatwiej było mi się zmobilizować, żeby zadbać o siebie na tyle, żeby zaplanować i przygotować sobie jedzenie na kilka dni w przód. Na przykład zrobić w sobotę ze trzy duże dania, które rozparcelowane dzień po dniu można było zabrać do pracy w ramach obiadu, albo pożonglować troszkę i zjeść w ramach kolacji.

Tak więc stopniowe ogarnięcie się sprawiło, że zaczęłam tez bardziej przyglądać się temu co jem, nawet tak tylko od przypadku do przypadku. W tym czasie trafiłam też na ten wykład: How to identify the factors holding you back? Break free from them for good!

Pomyślałam, że co tam, przetestuję sobie tę metodę na takich czipsach, co się będę. No więc tak: Beth zakłada, że jeśli masz jakiś nawyk, który chcesz zmienić, musisz sobie ustalić jakąś sankcję, którą wykonasz, o ile złamiesz postanowienie, że ze złym nawykiem zrywasz. A żeby taka sankcja miała lepszy efekt, najlepiej podzielić się nowym postanowieniem z kimś, kto będzie weryfikował, czy się nie złamałaś.

No cóż, wydawało mi się to może aż nadto proste, ale stwierdziłam, że przetestuję. No więc postanowiłam, że nie będę jeść czipsów (to był ten mój nawyk do zmiany), a jeśli zjem to… będę musiała wysłać 100 zł dla partii politycznej o wdzięcznej trzyliterowej nazwie, zawierającej w środku „p”, „i” no i „s”. Z kolei o podypytywanie mnie, czy czipsy do mnie nie zawołały poprosiłam koleżankę z pracy.

No i cóż, czy następnego dnia rano obudziłam się z nowym, zupełnie innym patrzeniem na świat? Nie. ALE uzyskałam tyle, że jak teraz widzę w sklepie paczkę czipsów, mój ciąg myślenia jest mniej więcej taki „o chipsy, w sumie spoko… hmm, ala czyja to twarz się tam czai na tym opakowaniu? on!? niedoczekanie, żeby miał dostać ode mnie 100zł!”. Po czym spokojnie przechodzę do innego regału, pomstując tylko troszkę na stan naszej sceny politycznej 🙂

Czy metoda działa na Wielkie Problemy, z którym trudno sobie poradzić? Nie wiem. Ale na mój czipsoproblem nawet podziałała, choć nie wierzyłam, że tak się stanie


Jeśli spodobał ci się wpis Anki, koniecznie zajrzyj na jej bloga oraz Instagram, gdzie publikuje naprawdę wyjątkowe zdjęcia.

Coś podobnego: