Odchudzam się: Dzisiaj powiem wam wszystko

Ten post pisałam ponad pół roku. Dzisiaj opowiem wam wszystko, czego wam jeszcze nie opowiedziałam o moim leczeniu się z otyłości.

2015: Czy pani mnie obraża?

Cofamy się w czasie do roku 2015, ja, młoda emigrantka z Polski wyruszam po raz pierwszy na podbój nieznanego gabinetu endokrynologicznego, żeby zadbać o swoje zdrowie. Z silną potrzebą „wzięcia się za siebie”, zmotywowana do działania, chętna do współpracy. Nie obyło się oczywiście bez typowych dla mnie sytuacji, czyli pomyliłam nazwisko lekarza. Dobrze, że swojego nie zapomniałam.

Moja lekarka wygląda jak Juliette Binoche, jest dla mnie ucieleśnieniem francuskiej kobiety z jednym wyjątkiem: mówi po angielsku. Co prawda myli 3 i 4, co wprowadza nieco zamętu przy pomiarach, ale ostatecznie jest okej. Siadamy naprzeciwko siebie, ja opowiadam jej historię życia, że ciągle jestem gruba, że nawet jak chudnę to tyję, że nicość przede mną. Ona na to:

– A myślałaś o operacji?

– Co? Nie? Jak, co? No… nie, jaka operacja, nie! NIE! NIEEE! Po moim martwym trupie! – krzyczą głosy w mojej głowie. Niektóre z tych rzeczy wypowiadam na głos, chociaż daruję sobie wzmiankę o trupie.

Decydujemy, że zrobimy to inaczej, to odchudzanie. Że po bożemu, sprawdzimy najpierw, czy wszystko jest okej.

Nie daje mi jednak spokoju to pytanie o operację. Tak jakby to był pierwszy wybór, a nie ostateczność. Jakby to było jakiekolwiek rozwiązanie. Trochę byłam oburzona, trochę obrażona, a trochę udawałam, że to nie o mnie chodziło. Przecież nie jest aż tak źle, prawda?

Otóż było aż tak źle.

Niekończące się badania, pobrania krwi i testy eliminowały kolejne przyczyny mojej otyłości. Według liczb byłam zdrowa i powinnam być lekka jak motylek. Zaczęłam zmieniać swoją dietę, stopniowo przestawałam jeść mięso. Na wadze obserwowałam drgania, bo raczej nie spadki. Do diety dorzuciłam sporty, o ile sportem można nazwać ćwiczenie na domowym orbitreku kilka razy, przebiegnięcia się dookoła osiedla i spacery. A waga milczała jak zaklęta, ja trochę przeklinałam.

Pomocy, słoniocy, słoniowym pom, pomowy strach!

Byłam zdeterminowana, jednak wszystko ciągle mi się rozjeżdżało. Jak się coś robi, to fajnie by było widzieć tego efekty. Jakieś wymierne rezultaty. Cokolwiek, czego można się uczepić, kiedy uczepienie się czipsów nie jest już odpowiedzią. Poprzedni rok to pasmo niekończącej się frustracji, która wynikała z tego, że niezależnie od tego co bym robiła – waga stała. Jadłam, nie jadłam, biegałam, ćwiczyłam, jadłam ciastki czy inne tam – nic się nie działo. W sumie w ciągu roku schudłam 5 kilo. I wtedy Joasia nakierowała mnie na diet coacha, Kasię z Skrzydeł Rozwoju.

Diet coaching: magia, fanaberia czy co w końcu?

Spotkania z Kasią pozwoliły mi poukładać w głowie wiele rzeczy. Powrócił temat operacji, a ja sprawdziłam, jak leczy się otyłość. Dotarło do mnie, że jestem chora i potrzebuję pomocy, a nie motywacyjnych wpisów na Pintereście. Że problem to nie tylko moja dieta, która w ciągu roku diametralnie się zmieniła. Że to nie podjadanie ciastków czy brak treningu. Że problem leży gdzieś pomiędzy moim organizmem a moim podejściem do żywienia. Widocznie jedzenie zastępowało mi coś innego, coś czego nie chciałam sobie powiedzieć prosto w profil: jestem chora.

(Wy)leczenie otyłości

Zaczęłam czytać, szukać informacji i intensywnie myśleć o tym, jakby się tej otyłości pozbyć. Moje ciało jakby głuche na jakiekolwiek sugestie z mojej strony, trzymało wagę, jakby się cementem zalało (i tyle też ważyło). W poczekalni naszego lekarza rodzinnego wisiała ulotka stowarzyszenia Stop Otyłości, które organizowało comiesięczne spotkania. Ilość miejsc ograniczona. Zapisałam się na najbliższe i poszłam, nie wiedząc czego się spodziewać.

Stop Otyłości

Spotkanie prowadził lekarz (o niezwykle niebieskich oczach). Pokój wypełniony był otyłymi ludźmi w różnym wieku: młodszych ode mnie, w wieku moich rodziców, dziadków, moich rówieśników. Nigdy jeszcze nie widziałam tylu grubych ludzi w jednym miejscu, do tej pory czułam się, że jestem Najgrubszą Dziewczyną Świata i w tej mojej grubości jestem sama, a na wieszakach brakuje zwykle właśnie mojego rozmiaru, bo ekspedientki złośliwie go chowają (!). Lekarz okazał się być chirurgiem bariatrycznym i przez godzinę tłumaczył nam grubo zgromadzonym, czym się zajmuje. Tego samego  dnia zapisałam się do niego na konsultację, czując, że to właśnie powinnam zrobić. Że to moja szansa. Ostatnia?

Bardzo długo o tym wiedział tylko Ojciec Dzieciom, bo nie chciałam odpowiadać na pytania typu:

  • Dlaczego nie możesz tego zrobić normalnie?
  • Nie jest jeszcze tak źle, może po prostu potrzebujesz uprawiać więcej sportu?
  • Jesteś pewna, że to dobre rozwiązanie?

Jak wytłumaczył nam lekarz, osoby które przekroczyły BMI 35, będą miały zawsze problem z utrzymaniem prawidłowej wagi. Że już stamtąd nie ma innej drogi, o ile nie prowadzi ona przez blok operacyjny. A ja mu uwierzyłam i nawet wizja przyjmowania witamin do końca życia mnie nie odwiodła od tego pomysłu. I tak już biorę leki od tarczycy, a jednak wolałabym brać wapń niż insulinę.

Pacjentka bariatryczna

Moja pierwsza konsultacja odbyła się prawie miesiąc po spotkaniu. Lekarz okazał się pochodzić z Argentyny i po francusku mówił z hiszpańskim akcentem, po angielsku zaś – z francuskim. Ruszyła maszyna: spotkania z dietetykiem, o których wam pisałam, konsultacje psychiatryczne, miliony wizyt u lekarzy, w laboratoriach i szpitalach. W końcu w połowie lipca moje dossier było kompletne. W trakcie tych badań wykryto, że cierpię na bezdech senny i zaczęłam go leczyć. Pisałam wam już o tym. Odkąd śpię w masce, chudnie mi się nieco łatwiej, ale to jeszcze nie wszystko.

11.09 – pamiętna data, kiedy to po raz ostatni weszłam do gabinetu mojego wybawcy. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i ustaliliśmy, że najlepszą z opcji będzie bypass żołądka, operacja, która polega na wyodrębnieniu malutkiego żołądeczka ( pojemność 30 ml!) i przepięciu kawałka jelita cienkiego. Reszta żołądka zostaje i produkuje soki trawienne, ale już nigdy więcej nie poczuje, jak to jest mieć w sobie tagliatelle z grzybami. Czy cokolwiek innego.  Pozostało ostatnie pytanie:

– To kiedy?

– A kiedy jest pierwszy wolny termin? – zapytałam, wyciągając kalendarz i przeglądając październikowo-listopadowy rozdział.

– W następny wtorek, pasuje?

Jak to czy pasuje? Jaki wtorek? Że ten zaraz po tym poniedziałku, że za osiem dni, że co? Co?!

– Idealnie!

– Świetnie, tutaj jest przedoperacyjna dieta, od 14 września możesz jeść tylko jogurty naturalne 0%. 5 razy dziennie. Do zobaczenia we wtorek rano.

Jogurtów dzień drugi

Dzisiaj jest drugi dzień mojej diety pre-op. Ze wszystkich rzeczy, których naprawdę nie znoszę, jogurty są na pierwszym miejscu, zaraz obok gotowanego brokuła. A jednak, jestem tutaj i właśnie zjadłam mój 4 jogurt tego dnia. Mam nadzieję, że moja wątroba się ładnie obkurcza i że do końca życia nie będę już musiała patrzeć na jogurty.

Następnego dnia po operacji będę już w domu, sączyć sobie ugotowany przedwczoraj i zamrożony rosół. Przede mną miesiąc rekonwalescencji, uczenia się jedzenia od początku.

W polskim internecie mało się mówi o operacjach bariatrycznych, jest niewielu blogerów, którzy odważyli się o tym opowiedzieć. Rozumiem ich, bo sama chciałabym móc za pól roku zrobić głupią minę i na pytanie:

– Ale schudłaś, co zrobiłaś?

odpowiedzieć idiotyczne:

– Nic!

Jednak zdecydowałam się mówić o tym na swoim blogu, bo to ważne, żeby mówić głośno o tym, że otyłość jest chorobą.

To  żaden wstyd być chorym, to może dotknąć każdego.

Ważne jest szukanie pomocy, sięganie po nią, nawet jeśli wydaje się to krok w sam środek Otchłani. Przyznam się wam, że nie boję się. Całe życie marzyłam o tym, żeby można było brać tabletkę zamiast jedzenia i nie być głodnym. Niewiele się to będzie różniło od tego, co się ze mną stanie po operacji – mikroskopijne porcje jedzenia, ale jedzone bardzo długo, to moja nowa rzeczywistość. Jestem podekscytowana, nie mogę się doczekać, aż spotkam tę siebie, która mieszka pod spodem Różnych Splotów Życiowych, które sprawiły, że moje ciało wygląda dzisiaj tak, jak wygląda.

W mojej głowie nie jestem gruba, nie robię tego z tęsknoty za pięknymi sukienkami i wąskimi spodniami (ale też, trochę). Robię to, żeby móc żyć, a nie tylko obserwować życia innych ludzi. Żeby się upewnić, czy narty to napewno nie jest sport dla mnie. A może jednak polubiłabym bieganie? Mam dużo rzeczy do zrobienia, a łapanie zadyszki podczas malowania paznokci u stóp, nie jest na mojej liście.

Jeśli jesteś tutaj, bo tak jak ja teraz, jesteś dopiero przed operacją: nie słuchaj tych, którzy powiedzą ci, że to pójście na łatwiznę. Słuchaj tylko tych, którzy są ci życzliwi, chcą twojego dobra i jeśli czujesz, że jesteś gotowa uratować sobie życie – zrób to. Zróbmy to razem.

O tym, że przygotowuję się do operacji wiedziało niewiele osób. Za to wszyscy czytelnicy bloga wiedzieli, że ciskam się z moją wagą jak wściekła, że pomimo diety nie chudnę. I tak znalazły się osoby, które mówiły mi, że widocznie coś robię nie tak. Że pewnie za dużo jem. Cóż, teraz już na pewno nie będę za dużo jadła 😉

Trzymajcie za mnie kciuki we wtorek i później. Przed nami ciekawy czas i mam nadzieję, że wszystkie niespodzianki będą tylko przyjemne.


Z oczywistych względów (życie mnie wessało) jestem nieco mniej aktywna w social mediach, jednak zapraszam was na mój Instagram i fanpage na Facebooku (tam się dobrze trzyma kciuki!)

Coś podobnego:

Podziel się:
  • Marta Hon-Woj

    Po pierwsze: co się stało z poprzednim systemem komentarzy? Po drugie: wow, zbieram szczene z podłogi! Aniu, gratuluję, to ogromny krok! Sama walczę ze swoim ciałem i waga i hormonami, wiem, jakie to ciężkie. Wydaje mi się, że to bardzo duży krok, bardzo odważny – ze względu na jakieś krążące w tym temacie stereotypy, a i ze względu na to, że to duża ingerencja w ciało i pewnie moment, po którym już trzeba wprowadzić drastyczne zmiany, bo inaczej się nie da. Trzymam kciuki i będę kibicować dalej! A we wtorek myślami będę przy Tobie.

    • Dużo osób skarżyło się na Disqus, więc testuję taką wtyczkę teraz. Lepiej? Gorzej?
      Dziękuję za wsparcie, ja już od dawna byłam w takim momencie, że potrzebne były drastyczne zmiany, bo naprawdę inaczej się nie dało. Wierzę, że będzie tylko lepiej!

  • Trzymam kciuki, żeby wszystko poszło jak należy.

    • Dzięki! 🙂 Kciuki się zawsze przydadzą 🙂

  • Trzymam kciuki

  • Wow, Aniu, jesteś niesamowita! Podziwiam Cię ogromnie i będę mocno trzymać kciuki we wtorek! Uściski! <3

  • Pingback: Odchudzam się: operacja i po operacji | aniversum()