Moja pierwsza powieść

Ptaki ćwierkają ostatnimi pochrypnięciami przesilenia jesiennego, deszcz zalewa mi zmysły. Z pięknego, kolorowego lata nagle wyzionęła na mnie piździernikowa chandra, a moje poczucie horroru ograniczyło się do przelotnego spojrzenia w lustro.

Odkąd zaczęłam pisać nieco bardziej regularnie, sowy przynoszą mi listy z Hogwartu, dostaję wiadomości, sugestie i dyrektywy – napisz książkę! Napiszę!

Prędzej czy później urodzi się we mnie historia, która zdeklasuje wszystkie przygnębiające rozmowy o starości, przygody profesorów amatorów, wspomnienia z wojny i intymne zwierzenia drugich dam z pierwszych stron gazet.

Napisanie książki od zawsze było moim marzeniem. Odkąd ponad dziesięć lat temu napisałam pierwsze opowiadanie o Harrym Potterze. Codziennie jestem bliżej, bo przygotowuję się do tego wielkiego wydarzenia. Napisałam już nawet jedną książkę. Została wydana w czterech egzemplarzach, a jej nakład rozszedł się błyskawicznie. Może nie podbiłam nią literackiego świata, ale wraz z ostatnią stroną, zamknęłam ostatni rozdział mojej przygody z uniwersytetem.

Taaa… chciałabym. Kilka miesięcy po tym podniosłym wydarzeniu, jakim było zabicie smoka, odcięcie głowy królewnie i zdanie pracy magisterskiej w dziekanacie, odbył się ten dzień. Pisano o nim już w starożytności, ale mylnie interpretowano znaki. Ta ryba, to nie znak rybaków tylko smród przestraszonego studenta. Obrona.

Kto był blisko ten wie, że mój stres przyjął bardzo konkretny kaliber i srałam żarem dalej niż bym się po sobie spodziewała. Przed egzaminem przerobiłam (trzykrotnie) wszystkie ewentualne pytania, zapytałam każdego, kto przyszedł mi na myśl o wrażenia dotyczące obrony i … pomógł mi szczególnie jeden komentarz (dzięki, Justyna!):

„Pytania prześwitują”.

W dzień Z jak zarazzginę, już na drodze pierwszych przygotowań napotkałam problemy. Rajstopy (jedne jedyne oczywiście) postanowiły puścić do mnie poufałe oczko. Ekstra. Wspaniale. Bossko. W efekcie utraciłam jeszcze więcej kurażu i poszłam na obronę bez rajstop. Na szczęście padało, było zimno i wyglądałam adekwatnie do tego,  jak się czułam: jak idiotka.

Pisałam już ostatnio, że często się spóźniam. Żeby uniknąć tego nieprzyjemnego zażenowania, byłam pod salą pół godziny wcześniej. Zajęłam jedyne krzesło na korytarzu i skupiłam się na trzęsieniu kolanami. Pewnie bym tam zemdlała z wrażenia (ze strachu!), ale kilka minut przed czasem, na korytarzu pojawiła się znajoma twarz… mojego taty! Twarz miała ze sobą też resztę  ciała, a ciało przyniosło mi kwiatek, którego ciągle mogłam jeszcze nie dostać. Na poprawę humoru, gawędząc o starych Indianach, tato dał mi prezent z okazji obrony. Obrony w trybie niedokonanym ( wciąż).

Jako żywo pamiętałam sytuację sprzed sześciu lat, kiedy właśnie miałam wychodzić z domu na maturę, a kiedy tato mój wręczył mi dar – długopis, mówiąc:

– Życzę ci szczęścia, bo przyda ci się, jeśli nie masz wiedzy. 

Pokrzepiona tym niespodziewanym przejawem wiary-w, wkroczyłam.

 

W przeciwieństwie do sylwetki, minę musiałam mieć nietęgą, bo przewodnicząca komisji zapewniała mnie, że takie obrony ona rozkminia hurtowo, nie ma się czym podniecać, w  końcu wszyscy jesteśmy psychologami, może chciałabym o czymś porozmawiać? Opowiadałam o swojej pracy, siedząc vis a vis mojego promotora, który raz z uznaniem i lekkim uśmiechem kiwał głową, a innym razem robił minę: „Jak pani na to wpadła, co to znowu za dyrdymał?!”. Czułam się jak prawdziwy Mentalista, czytający z mowy ciała interlokutora, który wcale się wszak ze mną nie lokuturował. Gdy dobrnęłam do końca prezentacji mojej pierwszej powieści („Do sedna, proszę”), zmierzyłam się z pytaniami od publiczności. Pytania były dwa, oba mnie zaskoczyły, chociaż nie wytrąciły z równowagi. Nadszedł czas na element ryzyka i gier losowych. Szybkim spojrzeniem omiotłam stół i wyeliminowałam pytania, które były  zbyt rozwlekłe, żeby zająć maksymalnie jedno zdanie.

Tajemnica zawodowa.

– Uf, zdałam – pomyślałam, gdy tylko zobaczyłam to pytanie. Nie później niż po dziesięciu minutach, przewodnicząca komisji powiedziała do mnie najpiękniejsze słowa na świecie:

– Gratuluję, zdrowa dziewczynka.  

A nie. To nie ten moment.

– Gratuluję, uzyskała pani tytuł magistra psychologii. 

Na bardzo drżących nogach wyszłam przed salę, tłum wiwatował, tato składał kwiaty na ręce dostojników partyjnych, a  ja, ciągle otępiała i pod wrażeniem tego, że tak smakuje zwycięstwo, spełnione marzenie i tak pachnie na szczycie świata, nie byłam w stanie nawiązać łączności z własnym mózgiem.

Kiedy zdecydowałam się zdawać na psychologię, nikt, nawet ja sama nie wierzyłam, że to się uda. Miałam tylko półtora roku na przygotowanie się do matury z rozszerzonej biologii (byłam w klasie językowej). Moja pani od biologii powiedziała, że nie zdam matury a na pewno nie dostanę się na psychologię.  Dzisiaj piszę to jako magister psychologii i jestem z siebie dumna. Brawo ja!

A dzień obrony był najfajniejszym czasem spędzonym z moim tatą, wypiliśmy szampana i zjedliśmy masę ciastek i warto było zdać ten egzamin, żeby móc sobie siedzieć z nim godzinami w kawiarni i gadać. No i prezent też fajnie dostać :-))

 


 

Można śledzić mnie na Facebooku, podglądać na Instagramie   (zachęcam, jedziemy do Paryża i będę się tam chwalić impresjonistami!) i polecać znajomym, żeby nie marnowała się taka dobra makulatura literatura.

Coś podobnego:

Podziel się:
  • GRATULUJE PANI MAGISTER 🙂 Witaj w klubie 😉 Tylko ja mgr od czego innego 😉