Jestem gruba, ale nie o rozmiar tu chodzi

Dojrzewam do takich wpisów już długo. Właściwie, one są owocami mojego ogólnego dojrzewania.

To, że jestem gruba, nie jest dla nikogo tajemnicą, bo właściwie trudno to ukryć. Powszechnie wiadomo, zgodnie z powiedzeniem: Jesteś tym, co jesz (jeż?), że jak się żre jak świnia, to się potem wygląda jak świnia. Ale do tego wrócę później.

Ten wpis powstał prawie rok temu, a chociaż od tego czasu nie schudłam, to był początkiem czegoś istotnego. Każdy kto borykał się z nadmiernymi kilogramami, wie co oznacza to najbardziej banalne zdanie świata: Wszystko zaczyna się w głowie. 

W mojej głowie już nie jestem gruba

Nie powinno mnie to dziwić, tak bardzo jak dziwi, bo przecież już kiedyś wspominałam, że mamy to, o czym myślimy. Czyli jeśli ciągle myślę, że jestem gruba, że nie chcę być gruba, że muszę przestać być gruba, to co z tego wszystkiego mam? Wielki tyłek, ot co.

Kiedy rok temu zaczęłam chodzić na siłownię, miałam serce w gardle i kilka razy zawracałam sprzed drzwi. Gruba baba na siłowni, co mnie podkusiło. Gruba baba na zumbie – już w połowie zajęć myślałam, że następne 30 minut będą moimi ostatnimi. Klub fitness wyrywał mnie granatem z mojej strefy komfortu, a ja coraz częściej zaciskałam zęby i z niej wychodziłam, tylko po to, żeby ostatecznie okazało się, że jak gruba baba wchodzi na siłownię to na świecie giną pandy. A nie, czekajcie, nie pandy tylko słodkie kotki. I nie giną, a radośnie podskakują w rytm aktualnych radiowych hitów, czyli muzyki sprzed 30 lat, która już wtedy trąciła myszką.

Gdy widzisz grubą babę na siłowni, to wiedz, że coś się dzieje

Czyli okazało się, że nikt poza mną nawet nie mrugnął na widok mojego wielkiego tyłka na aqua-fitnesie. Jak wychodziłam, to nie widziałam żadnych oznak zbliżającej się apokalipsy, wszystko było tak jak to zostawiłam, poza samochodem, bo zapomniałam, gdzie go zaparkowałam.

To mnie trochę ośmieliło i to w dodatku do tego stopnia, że porwałam się na wyjazd na sportowe wczasy. Pisałam o tym tutaj. I tu się na chwilę zatrzymamy, tak jak i ten obóz sportowy mnie zatrzymał.

Trwałam w szoku poobozowym, conajmniej jakby mi tam kazali biegać. Oh, wait… No cóż, to nie był dobry pomysł, bo zdecydowanie fitness dwa razy w tygodniu to nie jest wystarczające przygotowanie do tego rodzaju aktywności. Wszystko szło nieźle dopóki tam nie pojechałam. Kiedy wsiadałam w pociąg, już od ponad miesiąca nie jadłam żadnego cukru. Na tym obozie nie dałam rady, byłam sfrustrowana i zmęczona. Zła, że to nie jest to, co sobie wyobrażałam, że sport nie daje mi tam przyjemności i w ogóle, co ja sobie myślałam, jadąc tam. Wróciłam przed końcem, wściekła jak nie wiem co. Zarzuciłam wszystkie dobre nawyki, jakie sobie do tej pory wytworzyłam i powrót do nich to bardzo długa historia.

Vege Camp na długo zniechęcił mnie do wszelkiej aktywności. Najpierw bardzo długo nie mogłam wykurować się po okropnych zakwasach i przeciążeniu kolana, potem zaczęło być zimno, a ja zaczęłam chorować. Cały listopad i grudzień to było wielkie pasmo ogromnej męki – migreny dopadały mnie częściej niż zwykle, prawie co trzeci dzień przesypiałam. Do tego doszło zapalenie zatok, które nie chciało mnie opuścić. Marzyłam o tym, żeby przeżyć dzień, w którym nie będę się czuła jak wściekłe zombie na kacu. Ten dzień miał nadejść całkiem niedługo, ale o tym też później.

Nowy rok – coraz starsza ja?

Koniec roku spędziłam w Polsce, gdzie też nie byłam jakoś szczególnie religijna względem jakiejkolwiek diety. To, że kiedyś nie jadłam cukru też już odeszło w zapomnienie. Aż 28 grudnia wróciłam do Francji, ale o tym później…

Już od jakiegoś czasu współpracowałam z diet coachem, Kasią ze Skrzydeł Rozwoju. Powiedzieć, że diet coaching był lekki i przyjemny, to skłamać. Żadna zmiana nie jest lekka i przyjemna, to zawsze jest mniej lub bardziej bolesne złamanie któregoś ze swoich przekonań. To jak uczenie się pisać druga ręką. To w końcu rozmowa, poniekąd z samą sobą, gdzie dowiadujesz się o sobie wszystkiego, co już wiedziałaś, ale było bezpiecznie zapakowane w szklany zbiornik i zaopatrzone w liścik: „Lepiej tego nie stłucz”. W całym procesie wyszło wiele rzeczy, z którymi powinnam była zrobić porządek. Między innymi był tam mój związek z czipsami, który choć namiętny, był raczej toksyczny. Stąd wpis Anki o tym, jak wygrać z tym nałogiem.

Ktokolwiek podejmuje się zmiany, musi być gotowy, że coś się zmieni.

Zamarzyłam sobie, że będę jak ci ludzie, co jeżdżą rowerem. Jak Magda z Madou en France, na przykład. Dla których jazda rowerem jest naturalna tak samo jak dla mnie jazda na łyżwach jest śmiercionośna. Znalazłam rower moich marzeń, śliczny, uroczy. Teraz czekam na cieplejsze dni, bo będę spełniać swoje marzenia.

Suma małych zmian

Nie mogę powiedzieć, że „wszystko zaczęło się do tego…”, bo to wszystko zaczęło się już dużo wcześniej. Jednak czas spędzony w Polsce pokazał mi nie tylko, jak świetna nadal jestem we wchodzenie w stare nawyki, np. chowanie papierów po cukierkach za łóżkiem, ale też zainspirował mnie.

Telefon mojej mamy dzwoni co trzy godziny. Obserwowałam to, aż w końcu wróciłam do Francji i w poranek po powrocie, kiedy moja córka poszła do przedszkola – zrobiłam to. Pół cytryny zalałam ciepłą wodą, popiłam swoją tabletkę od tarczycy i ustawiłam minutnik  na 30 minut, bo dopiero po tym czasie mogę jeść. Usiadłam  w swoim ulubionym fotelu, w  pokoju było przyjemnie chłodno. Oparłam nogi na moim ulubionym podnóżku i owinęłam się kocem, który dostałam pod choinkę. Taka uszczęśliwiona, zrobiłam coś jeszcze – ustawiłam w telefonie alarm. Co trzy godziny. 9, 12, 15, 18, 21. Od tamtej pory rzeczy zaczęły dziać się bardzo, bardzo szybko.

Zaczęłam jeść regularnie i niewiele. Wcześniej jadłam, dopiero jak wyskakiwał mi alert o zbliżającej się zagładzie. Idiotycznie, ale od tamtej pory jem inaczej, bo wiem kiedy będzie następna pora karmienia. Dopiero kiedy się na to przestawiłam, zauważyłam że zelżał mi uścisk w brzuchu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile stresu sobie dostarczałam w ten sposób.

Do moich codziennych rytuałów dołączyła pobudka o stałej porze (i nie jest to 11), woda z cytryną i zaznaczanie w aplikacji do pozbywania się lub hodowania nawyków, ile dni już nie jem czipsów. Krąży takie przekonanie, że trzeba coś robić conajmniej trzy tygodnie, żeby weszło to w nawyk. 21 dni bez czipsów. Dzisiaj jest dzień 34.

Przestałam mieć migreny (poza jednym razem w Warszawie), a rano nie potrzebuję egzorcyzmów, żeby normalnie funkcjonować.

Do czego zmierzam (tak, wbrew pozorom będzie pointa)…

O otyłości mówi się wiele w kontekście wyglądu, tego jak leżą na nas super skinny jeans czy też co nam się wylewa. Ewentualnie w czym nie wypada się pokazać. Za mało mówi się o tym, jak wygląda życie otyłych, jak sobie z otyłością poradzić, co zrobić, żeby nie popijać czipsów colą z łzami. Otyli ludzie to świetny cel dla wszelkich obelg, że świnie dużo żrą, że się pasą, że dupy im się nie chce ruszać. Znam wiele otyłych osób. Ani jedna z nich nie jest gruba tylko i wyłącznie przez to, że dużo żre. To nigdy nie jest takie proste.

Jestem gruba, mam otyłość III stopnia – i zdecydowałam się z niej wyleczyć. I będę o tym mówiła coraz częściej, dając wam znać (może niekoniecznie w poglądowych zdjęciach, chociaż kto wie, wpadajcie na Instagram), że nadal nad sobą pracuję.

Przyda mi się wszelkie wsparcie, także – wszyscy na pokład 🙂

Coś podobnego:

Podziel się:
  • Sebastian

    Uda Ci się.

  • Agnès Więckowska

    Trzymam kciuki! Ja też z tym walczę. Nie wiem jeszcze, z którym stopniem, ale wiem, że muszę, bo mi się choróbska przypałętały.
    Przy okazji – uwielbiam Twój styl! „Wściekłe zombie na kacu” – płakałam ze śmiechu. Ale egzorcyzmów rano chyba będę już zawsze potrzebować. Ja z tych, którym mózg załącza się około 17 (chyba, że wypiję podwójne esspreso serre to są szanse na życie o 12), a o 2 w nocy jest na najwyższych obrotach.

    • Ciekawe, czy to nie jest kwestia zmiany nawyków… oh wait, wszystko jest nawykiem. 🙂 Czytałaś „Siłę nawyku” ?Jest szansa, że i bez espresso będziesz rano świeżutka jak sasanka. Tylko warunek jest taki – chcenie. 😉

  • To z tym alarmem to bardzo dobry pomysł. Może powinnam też zacząć stosować, żeby nie mieć dołków energetycznych.
    Powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki. 🙂

    • Nie sądziłam, że takie proste rozwiązanie może tyle zmienić! Dzięki za wsparcie!

  • Powodzenia 🙂 Jakbyś miała (tfu) problemy z utrzymaniem diety, to daj znać. Wiesz gdzie. Klubik broni, klubik radzi.. 😉

  • Trzymam kciuki Aniu! Spełniaj marzenia i śmigaj po Emmę na rowerze 🙂 I by licznik dni bezchipsowych się nie zerował! :)))

  • Trzymam kciuki 🙂 Też nie lubię fitnessów, są jakieś dołujące dla każdego. Nie mam za bardzo kondycji ani koordynacji ruchowej i nie nadążałam za tym, co się dzieje, robiłam wszystko odwrotnie… Nigdy więcej. Nie dziwię się w ogóle, że miałaś totalnie dość po takim obozie, też bym miała Za to polubiłam siłownię. Ćwiczy się w swoim, a nie narzuconym grupie tempie, są instruktorzy, a towarzystwo pakujących facetów jest jakieś bardziej neutralne, bo ani ja się nie porównuję do nich, ani oni do mnie 😛 Moim zdaniem to milion razy lepsze od tańczenia dziwacznych układów w dużej grupie, efekty też są (a przynajmniej u mnie były) szybsze i bardziej widoczne.

  • Aniu, będę trzymała za Ciebie kciuki. Mam nadzieję, że uda Ci się osiągnąć cel i ze będziesz się czuć coraz lepiej 🙂

  • super!! dopiero teraz przeczytałam i… uwielbiam ten wpis! trzymam kciuki!

  • Pingback: Odchudzam się: Dietetyk | aniversum()

  • Mona

    Trzymam za ciebie kciuki. Idź na siłownie i nie przejmuj się tym, co powiedzą ludzie. I tak jesteś szczęściarą, bo twoim problemem jest tylko motywacja. Moja kuzynka zaniedbała się i wpadła w zamknięte koło. Miała nadwagę i chory kręgosłup. Bardzo zła kombinacja. Nie mogła ćwiczyć, bo obciążając kręgosłup zrobiłaby sobie krzywdę. Plecy bolały ją z powodu nadwagi. Żeby, zacząć ćwiczyć musiałaby schudnąć. Przynajmniej takie wymówki miała Jolka. Ale ogarnęła się. Poszła na zabieg założenia balonu orbera. Dzięki temu przestała tyle jeść i schudła 15 kilogramów. Dopiero wtedy zaczęła stopniowo ćwiczyć. Teraz to zupełnie inna dziewczyna.

  • Pingback: Odchudzam się: Jak zapomnieć o czekoladzie? | aniversum()