Pani dla Australijczyka, czyli jak pojawił się u mnie owczarek

Nie wiem nawet jak tę historię rozpocząć. Jest metoda w tym szaleństwie, ale jak ją nagłośnić? Szczególnie, że lobbowałam (donośnie), że żadnego psa, po moim trupie, że prędzej sama się wyprowadzę niż psa wezmę. Że psy śmierdzą, kręcą się i liżą po jajkach. Kanapki kradną, w śmieciach grzebią. Mokrą szmatą od nich czuć.

Kiedy byłam małym chłopcem, hej…

Zawsze mieliśmy psa. Pies w moim życiu był obowiązkowy jak w niedzielę rosół. Mieliśmy psa podwórkowego, uczepionego budy, co się go trochę bałam, a raczej co się o mnie bali jak tam szłam. Byłam dziecięciem małym, słabo pamiętam. Potem zaczęłam gadać sama do siebie i jako remedium, moi rodzice zdecydowali się na przygarnięcie Maxa – krzyżówki poczwarka z nieterierem. Max owszem, kochał, ale mojego dziadka. Stanowili kruszący, podjadająco-podkarmiający tandem. Kiedy wracałam do domu po tygodniu nieobecności, Max z radości dostawał zawału, bo właśnie wrócił Dziadek, który wyjechał po mnie na dworzec i nie było go pięć minut nieskończoności.

Na wsi u dziadków zawsze psy prowadzały się stadami i zawsze jakieś za mną szły w pole. Skakaliśmy razem na siano, biegaliśmy po zaoranym polu. Krowy z pola sprowadzaliśmy. Psy i ja. Jeden z moich stryjów taki miał dar do psów, że któryś go zawsze kochał najmocniej. A mnie żaden pies tak najmocniej nie kochał, jedynie sympatią względną obdarowywał. Ja trochę o swoim Szariku marzyłam, trochę wzdychałam, że kiedyś, a potem wzięliśmy kota i moja potrzeba kochania jakiś łap została ukojona.

Będąc młodą studentką…

Na studiach, po odseparowaniu się od mojej ukochanej kotki, która w sumie trochę była jak pies, zdecydowałam się na Pimpka, kota w typie persa. Zabrałam się do tego procederu kompletnie z dupy, ale pamiętam, że wtedy bardzo potrzebowałam jakiejś świętej osi i do tej pory kot ten jest symbolem tego, że nie ześlizgnęłam się po szklanej ścianie głową w dół wprost do Kanionu Wielkiej Czarnej Dupy.

Z Pimpkiem popełniłam wszelkie możliwe błędy, jakie posiadacz kota może popełnić. I dopiero z perspektywy czasu umiałam ocenić, co poszło nie tak. Otóż nie tak poszło to, że ja tego kota potraktowałam jak psa. Moi współlokatorzy go nienawidzili, nie dziwię im się zresztą, bo nie popisałam się talentem do opieki nad kotem. Odciążyło mnie dopiero, kiedy do opieki nad Pimpkiem włączył się Ojciec Dzieciom. Nie wiem czy wiecie, Ojciec Dzieciom jest behawiorystą, trenerem psów i głosem rozsądku kotów. Jak dotarło do mnie, że kot to nie pies, to żyło nam się nieco lepiej. Pimpek dla mnie jest super kotem, nieuciążliwym, wspaniałym towarzyszem podróży (kilka razy w roku przemierza z nami Europę, nocuje w hotelach). Odkąd żywimy go surowym mięsem, przestał drzeć mordę ciągle i poprawiła się jego żywiołowość.

Francuska pani pieska

Ojciec Dzieciom poza dziećmi, miał jeszcze psa. Sukę. Dosłownie, bo kawał biczy z tego psa. Bardzo trudny charakter, który mi nie przeszkadzał do pewnego momentu. Akira to suka rasy hovawart, popularnej raczej w Niemczech. Bardzo mądra, ale nieco zbyt decyzyjna, apodyktyczna  i samodzielna, na moje upodobania. Ojciec Dzieciom miał masę frajdy trenując ją, więc jest w miarę ułożoną staruszką (prawie 13 lat). Bardzo lubiłam bawić się z nią w aportowanie, to było moje psie marzenie, żeby mi pies oddawał co znalazł. A ona oddawała! W sumie do końca ciąży spędzałam czas na zabawie z nią. A potem…

Nigdy więcej  żadnych zwierząt.

Po urodzeniu córki, wszelkie moje instynkty miłości do zwierząt, zostały wyparte przez instynkt ochrony dziecka. Zaczęłam żałować posiadania kota, chociaż on naprawdę jest idealny do dzieci, nic im nigdy nie zrobił, jest cierpliwy i bardzo delikatny. Nie chciałam o drugim psie nawet słyszeć. Projekt chomika umarł śmiercią tak naturalną, jak naturalnie by i ten chomik zginął, jakbym mu kiedyś nie domknęła klatki. Nie wiedziałam o co chodzi, bo zanim urodziła się Emma, w planach mieliśmy i papugi i kameleony i rybki i koniki i krówki i samochód i pralkę. A potem mój mózg obrał kierunek: dziecko. I nigdy więcej żadnych zwierząt.

Aż tu nagle…

Moje dziecko skończyło 4 lata. Od biedy samo sobie kanapkę zrobi, samo wlezie na drabinki, samo spadnie, samo wstanie. Zasadniczo, to nie potrzebuje mnie już, żebym jej dyszała w kark z tą swoją mamusiowością. Ja też nie chcę się jej uwiesić, bo nie taką mam wizję rodzicielstwa. Moja córka rośnie, robi się coraz bardziej samodzielna i to jest fajne. A w związku z tym, hormony, które nakazywały mi zabijać każdą bestię w promieniu 50 metrów od mojego dziecka, nieco się uspokoiły.

Zaczęło się od tego, że częściej brałam udział w wyprowadzaniu psa i mniej robiłam przy tym minę, jakby mi ktoś za to płacił okładem z krowiego gówna. Potem pieska pogłaskałam na spacerze. Yoreczka miniaturkę. Albo to była myszka, w każdym razie maleńkie i słodziutkie. Titititi. Wtedy powiedziałam takie słowa, które echem rozległy się po  okolicy, dając do zrozumienia, że chwila była wiekopomna:

– Jakbym miała kiedyś mieć psa, to takiego niuniuniu, dziudziu, misiulka-piesiulka.

Ojciec Dzieciom pobiegł po termometr.

Znał on moje zdanie na temat psów, że zasadniczo dobry pies, to pies, którego ma ktoś inny. W związku z tym nie wiedział, czy dzwonić po neurologa, bo zdradzam objawy zamroczenia, czy po pogotowie. Zmilczał to. Ale we mnie grała orkiestra.

W podróży poślubnej tak sobie rozmawialiśmy o psach, że w sumie już mnie nie wkurwiają i że to dziwne. Wygadałam się, że moim marzeniem kiedyś było posiadanie psiego wielbiciela, ale chyba nie jestem psim-człowiekiem. Że to nie dla mnie.

Ojciec Dzieciom mówi wtedy takie słowa, że mnie się zatrzymuje serce i mózg w tym samym czasie. Przyznacie sami, że to ryzykowne.

– Przecież możesz mieć psa, jeśli chcesz.

Że co?

Że, przepraszam, co? Jak to?

To ja nie muszę pytać mamy o pozwolenie? Co na to powie mój tato? Jak to psa, tak bez „zasługiwania”? Że ja mogę mieć psa, mogę mojego psa mieć ja? W sensie, że mojego? Że on tak będzie na mnie patrzył, jakbym była wielką porcją schabiku? Oh, wait…

To mi się marzyło. Że ja wstaję, a pies idzie ze mną. Ja myślę: „kanapka”, a pies się oblizuje. Tylko czy ja jestem osobą godną psa?

I tak sobie jedziemy z Zakopanego do  Szczawnicy, gadamy o psich sprawach, a ja już jedną ręką siedzę w telefonie. Bo trzeba wam wiedzieć, że u mnie występuje bardzo szybkie łącze między ośrodkiem pomysłów, a ośrodkiem zarządzania rękami. Jeszcze dobrze w korku nie stanęliśmy, a ja już wiedziałam, że owczarek australijski, niebieski koniecznie.

Człowiek rękoczyn

Tak mam, że jak sobie coś wymyślę, to postawię świat na głowie, a zrobię co sobie wykontycypowałam. Chodziłam z tym psem w sercu, międliłam tę decyzję, wypytywałam Ojca, który mi powiedział, że on się tym psem zajmował nie będzie, bo to będzie mój pies i kropka. Jak kropka, to kropka. 21 sierpnia napisałam do Iwony Gasparewicz, czy ma może niebieską dziewczynę dla mnie. Właśnie się urodziły. Ze trzy dni później zajechaliśmy do niej w drodze do Francji. Bardzo się bałam, że nie zdam jakiegoś egzaminu, okażę się nieodpowiednią osobą do posiadania psa, pomylę się i podam nie tę łapę. Ale nie, wszystko było miło i spokojnie (chociaż ja w środku czułam się jak na rozmowie o pracę Dyrektora Kosmosu). Kilka tygodni później dostaliśmy zdjęcia piesków, które już mniej wyglądały jak małe myszki, a bardziej jak większe świnki morskie.

Stefan

Psa w mojej głowie miała na imię Stefan i nie mogłam się pozbyć tego pomysłu. Nie chciałam dawać psu ludzkiego imienia, bo jednak zależy mi na dobrych kontaktach ze światem i nie chciałabym, żeby ktoś się przez to poczuł urażony. Imię Stefan uwielbiam, ale ostatecznie miot otrzymał literkę J. Przebiegle od kilku tygodni robiłam listę z imieniem na każdą literę. Jawa. Zjawa.

Jawa zjawi się u nas 5 listopada. Wtedy wracamy do domu z Polski i zgarniemy psę po drodze.

Po co mi ten pies? Gdzie ja w nim pójdę?

To pytanie co prawda jeszcze nie padło, ale tylko, dlatego  że nie wszyscy o psie wiedzą. Ale i na to mam odpowiedź, bo odrobiłam lekcje i się przygotowałam. Ha! Ojciec Dzieciom z psami pracuje, a jego osobista suka, jest już głucha. Okazuje się, że trudno prowadzić psie seminaria i coś pokazać na psie, co nie przychodzi na zawołanie, bo biegnie właśnie w krainie wiecznej ciszy. Poza tym, że Akira świetnie rozumie gesty, ogólnie umie dobrze w bycie psem. Chcieliśmy, żeby nasz drugi pies nieco się otrzaskał z psią etykietą. Teraz, kiedy Akira jest lekko podstarzała, ale nie spróchniała (ludzie myślą, że jest o połowę młodsza niż jest), jest na to dobry moment.

Poza tym, niedawno przeszłam operację zmniejszenia żołądka i pracuję nad powrotem do zdrowia. Nie lubię w sporty, lubię w jedzenie. Sporty mnie nudzą, spacery sprawiają, że mózg mi się wyłącza kompletnie. Nie chce mi się. Potrzebowałam bodźca, żeby mi się chciało. Chciałam zaangażować się w coś jeszcze (bo praca na 3 etatach to nie jest praca, to przyjemność). Poczułam, że jestem gotowa na psa. Z operacją wiąże się też jeszcze jedna kwestia – nie mogę przez najbliższe dwa lata mieć dzieci. Jakbyśmy czekali, aż zredukuje nam się liczba psów a  wzrośnie liczba dzieci, tym samym opadnie mi hormon matki-obrończyni, to nowego psa powitalibyśmy za jakieś 5-6 lat. Jestem cierpliwa, ale nie aż tak. Ja muszę JUŻ.

Czuję, że to dobra decyzja, wyzwanie i wizja nowej aktywności. Czuję się, jakby mi ktoś powiedział, że mogę jeździć na nartach. Jakby mi ktoś powiedział, że już nie muszę być gruba. Że MOGĘ. Taki to moment mojego życia i wizja psa trzyma mnie ponad poziomem wody. Wypełnia mi to miejsce w myślach, które wolałabym mieć wypełnione.

Zło w pięknym futrze?

owczarek australijski

Już od dwóch tygodni Jawa mieszka z nami. Niedługo opowiem wam jak minął nam ten czas i co rzeczywistość miała do powiedzenia na temat moich romantycznych wyobrażeń życia z psem.

Wdrażam powoli program szkolenia, żeby nasza relacja była zgodna, szczęśliwa i trwała. Jest coś pięknego w spełnionym marzeniu. Pies śpi z głową na moim kapciu, któremu przed chwilą chciała odgryźć królicze uszy. Kiedy wstanę, ona idzie za mną. Wszędzie. Naprawdę wszędzie. No chyba, że do windy, to wtedy nie. Ale tak to wszędzie.

Jestem ciekawa waszych zwierząt i początków tej niecodziennej przyjaźni. Co tam trzymacie w klatkach, na smyczach, w akwariach, terrariach albo (jeśli kot) wszędzie?


Zaglądajcie na Insta Stories, bo rzuciłam sobie wyzwanie, że będę, aż do świąt wrzucać coś Gwiazdkowego. Takie moje małe vlogmas. 🙂 Do zobaczenia!

 

 

Coś podobnego:

Podziel się: