Vege Camp – moje wrażenia i dlaczego są słabe

Minął już jakiś czas odkąd opuściłam zgromadzenie, o którym wam pisałam wcześniej. Spędziłam tydzień na sportowym obozie wegańskim.

Zanim jednak opowiem wam co się tam działo, muszę chyba nieco wyjaśnić, jakim cudem w ogóle się tam znalazłam. Co mi strzeliło do głowy. Ile było stopni ciepła i jakie nasłonecznienie tego dnia, gdy wpadłam na ten pomysł. Otóż już od jakiegoś czasu szukałam czegoś podobnego – wakacji, które będę mogła wykorzystać na kontakt ze sobą (i ze soją przyjaciółką, która mi tam towarzyszyła), które nauczą mnie czegoś nowego o sobie, o innych, o odżywianiu i o tym, jakie ćwiczenia należy wykonywać i jak to robić. Kiedy dostałam ulotkę Vege Camp, na której stało jak byk [klik]:

Nie ważne jak oceniasz swoją sylwetkę czy poziom umiejętności sportowych. Intensywność i stopień trudności treningu zostanie dopasowany do każdego klienta indywidualnie. Najważniejsza jest satysfakcja, dobra zabawa i aktywnie spędzony czas! Resztę zostaw w naszych rękach.

Pomyślałam – to miejsce dla mnie. I tak trwałam w tym do 3 lipca, kiedy to stanęłam twarzą w twarz z rzeczywistością, czyli pierwszym dniem ćwiczeń.

1

Rzecz dzieje się w Zakopanem. Pada.

Przy stole w jadalni, podczas śniadania obywają się rozmowy na temat tego, co będziemy robić tego pierwszego dnia. Nie chce mi się wierzyć, kiedy okazuje się, że mamy iść na jakieś górskie spacery. Może bym była bardziej skłonna, gdybym w zbiorze „buty sportowe” posiadała coś bardziej adekwatnego niż tylko buty do biegania. Serce mi się kroi na samą myśl o skręconej kostce (pada deszcz ergo jest mokro) i brudnych butach (błoto, patrz: deszcz). Ostatecznie moje serce się uspokaja – zaczynamy siłownią na powietrzu, ale pod zasadzeniem. Każdy wykonuje jedno ćwiczenie przez minutę, potem się zmieniamy. Jest tyle ćwiczeń, ilu uczestników, więc na pewno nie dopada nas monotonia.

Po pierwszej serii  rozglądam się z obawą, czy Greenpeace nie przyjechało na Gubałówkę, żeby zawlec mnie do oceanu.

Kiedy już złapałam oddech, mogłam ćwiczyć dalej. Po półtorej godziny miałam trochę dość i nieco z obawą pytałam jedną z trenerek, czy to była rozgrzewka, czy już prawdziwy trening. Na szczęście to był prawdziwy trening! I jako tako udało mi się go przetrwać. Byłam zmęczona, ale to był ten typ zmęczenia, w którym już po godzinie, kiedy jesteś w stanie złożyć pełne zdanie, myślisz sobie: W sumie fajnie było, zrobiłabym to jeszcze raz! To był ten czas, kiedy miałam poczucie, że trafiłam we właściwe miejsce. A potem poszliśmy na 10 km spacer w deszczu przez Dolinę Kościeliską.

2 3

Na początku miałam problem z poukładaniem sobie w głowie zasadności chodzenia w deszczu, a potem usłyszałam, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. 

Wtedy dotarło do mnie, że spakowałam same złe ubrania, bo nie miałam sztormiaka i kaloszy.

Jakoś w połowie pierwszego kilometra, który przegnałam usiłując dogonić resztę grupy, oznajmiłam, że nigdzie dalej nie idę. Ten akt desperacji wzbudził z kolei akt miłosierdzia i wraz z moją przyjaciółką, której kondycja była w zdecydowanie lepszej… well… kondycji („A może byśmy te 10 km pobiegli? Ze związanymi nogami?”) i jednym z trenerów, przewlokłam się do końca tego koszmarnego spaceru. Trenerowi trzeba oddać, co trenerowskie, że ma facet wyczucie, jest dobry w motywowaniu, nawet jeśli są to takie proste triki jak „zastanowisz się przy następnym drzewie” (już nie powiem, kogo chciałam widzieć wiszącego na tym drzewie, zamiast liści). Byłam w Dolinie Kościeliskiej kilka razy w swoim życiu. Nigdy nie wspominałam jej jako szczególnie uciążliwej, ale może dlatego, że nie musiałam przez nią biec w deszczu.

Doszłam, wróciłam do domu, a przed oczami latały mi gwiazdki, porzygałam się ze zmęczenia i zasnęłam.

Pamiętam, że kiedy wracałam, powiedziałam, że nie pójdę już w żadne góry, a wtedy organizatorzy patrzyli na mnie trochę jakbym najadła się szaleju. A ja naprawdę w żadne więcej góry już nie poszłam, bo następnego dnia wyjście do łazienki było dla mnie wyzwaniem. Ten „spacer” to było dla mnie za dużo,  po prostu.

I wtedy zrozumiałam, że Vege Camp to nie jest miejsce dla mnie, ale skoro już jestem w Zakopanem…

I tyle. Resztę swojego pobytu tam spędziłam na zajęciu w jednoosobowej podgrupie, szwendając się po   tym przepięknym mieście. Raz udało mi się namówić drugą obozowiczkę na wyprawę na basen. Być może baseny są wszędzie, ale tylko w Zakopanem są termy z widokiem na Giewont, więc ja poproszę wody termalne raz, dziękuję.

4

Reszta tego obozu polegała na tym, że codziennie była inna wyprawa w góry. Nie wiem jak to zrobiłam, że nie doczytałam tego w programie czy coś, bo w życiu bym się na to nie zdecydowała. Nie znoszę chodzenia po górach i spodziewałam się raczej więcej  fitnesów, a mniej biegów w ogonie.  Nie wiem czy bym zapędzała się tak daleko i nazywała Vege Camp obozem sportowym. Raczej może… „Pójdź w góry razem z nami”?

To zdecydowanie nie było miejsce dla mnie. Kiedy decydowałam się na przyjazd, myślałam, że skoro chodzę regularnie na fitnesy, to nie umrę wchodząc po schodach. Jednak nie dajcie się zwieść, aktywność sportowa wg Vege Camp to więcej niż zumba dwa razy w tygodniu.

Dla kogo Vege Camp?

Dla tych, którzy kochają góry i chcą się nimi po prostu nacieszyć. Którzy nie boją się wędrówek, odcisków, potu, udaru itd. Dla tych, których kondycja jest zdecydowanie na wyższym poziomie. Na pewno dla wielbicieli hummusu.

Czego się o sobie dowiedziałam?

Właściwie niczego takiego, co by mnie zszokowało. Definitywnie dotarło do mnie, że własnym czasem lubię dysponować samodzielnie i płacenie komuś, żeby to zrobił za mnie, było czystą głupotą. Nigdy więcej nie pojadę na zorganizowaną wycieczkę, bo może się to skończyć traumą ( i to niekoniecznie moją).  Z całej tej wyprawy oczywiście wyniknęło mnóstwo pozytywnych rzeczy, jak na przykład projekt Zen Jardin, o którym opowiem wam już niedługo.

Podsumowując: Jadąc na Vege Camp myślałam o tym, że dowiem się czegoś fajnego o diecie roślinnej i rozbudzę w sobie entuzjazm do sportu. Gdybym już wcześniej nie była głównie na diecie roślinnej i nie wiedziała, że sport może być przyjemny – to wróciłabym załamana. Nie pojechałabym tam znowu. Ale wiem, że są ludzie, którym ta inicjatywa bardzo by się spodobała i zachęcam was, zdeterminowanych i nastawionych na wyzwania (główna organizatorka to prawdziwa petarda) – sprawdźcie ofertę Vege Camp.

6


 

Jak widzicie, to mój pierwszy wpis po ponad miesiącu. Wyjazdy do Polski zawsze wytrącają mnie z blogowej równowagi  i potrzebowałam trochę czasu, żeby swoje francuskie życie ustawić od nowa.  W nadchodzącym tygodniu szykuje się wiele zmian w moim życiu. Na przykład zmiana stanu cywilnego. Na pewno na Instagramie pojawią się zdjęcia (chyba, że telefon mi padnie podczas łapania Pokemonów)– zaglądajcie tam!


Będzie mi bardzo miło, jeśli docenisz moją pracę – możesz dołączyć do mnie na fanpage’u na Facebooku, polubić ten wpis i udostępnić go znajomym!

 

Coś podobnego:

Podziel się: