Macocha – bohaterka. Na ratunek w chwili kryzysu!

Wyobrażacie sobie czasem takie sytuacje z filmu grozy? Na przykład, przychodzi do was niezapowiedzianie „mamusia„, a tu rozpierducha wszędzie? Jedno pranie wisi, drugie pranie pełznie do pralki, dzieci drą się jak potępieńcy, kot miauczy, a waszego ukochanego nie ma? Nie? Ja sobie wyobrażałam ostatnio…

Trwa karnawał. Syn Młodszy przybył od Niańki w ręcznie zrobionym indniańskim nakryciu głowy. Przeszło mi przez myśl, że nie słyszałam aby Syn Starszy miał już bal karnawałowy w szkole.

Ale by było, jakby się okazało dziś, że bal jest jutro a my ani stroju nie mamy, ani nie ma gdzie kupić. Dajcie spokój, taka kiszka...” – pomyślałam tego wieczoru, a już następnego okazało się, że moje Ale-by-było, dzieje się tu i teraz.

Syn Starszy wręczył nam jakiś krzywy świstek papieru, który mówił, że karnawał w szkole będzie. Dnia następnego.

– Kiedy dostałeś tę kartkę? – zapytał Ojciec Dzieciom, gotowy wygłosić przemowę na temat przetrzymywania informacji dla rodziców w odmętach plecaka.

– Dzisiaj w szkole – wzruszył ramionami Syn Starszy.

Zerknęliśmy na zegarek, na siebie i na kartkę, w poszukiwaniu ratunku, dodatkowego dnia i kostiumu. Bezowocnie. Zamiast tego doczytaliśmy, że dziecko musi ze sobą przynieść ciasto, czipsy, owoce, napoje czy co tam woli. Dowolnie. Dzięki szkoło!

Była ósma wieczorem, mogliśmy go przebrać za jego młodszego brata albo za niewidzialnego uczestnika balu szkolnego. Zadzwoniliśmy do Matki Chłopców. Miałam jeszcze okruchy nadziei, że była ona bardziej przezorna i ma jakiś kombinezon, strój, skafander, opaskę na oko i papugę, cokolwiek! Niestety, Matka Chłopców była w delegacji, o balu nie miała pojęcia i w ogóle jaki kostium, o co nam chodzi. Katastrofa.

Ojciec Dzieciom poszedł kąpać Córkę, Syn Młodszy jadł kolację, a Syn Starszy bardzo chciał mi pomagać wyczarowywać muffiny. To jedyne, co przyszło mi do głowy o tej porze. Po godzinie mieliśmy już dwie blachy babeczek i bardzo, bardzo, bardzo brudnego chłopca.

Dzieci poszły spać, a ja zostałam sama z kwestią kostiumu oraz Ojcem Dzieciom, któremu chyba zablokowały się jakieś przepustki w głowie, bo nie dostrzegał problemu w tym, że Syn Starszy wystąpi w stroju codniowym. Nie jawiło mu się to traumą psychiczną, być nagim na balu pełnym różowych królewien w tandetnych koronach, piratów z plastikową szpadą, tygrysków i kotów. Nie, spoko.

 Jako macocha, poczułam się zobligowana do ruszenia na ratunek.

Gdzieś w odmętach szafy odnalazłam czarną pelerynę z koca. Niezły początek. Zawsze sprawdza się też malowanie twarzy… Eureka! Przebiorę go za Harrego Pottera. Tylko ten… nie mam różdżki ani okularów…

Mój srebrny drut do wyrobu biżuterii i patyk od pędzelka! Tym sposobem wyczarowałam różdżkę i okulary.

Rano Syn Starszy nie był jakoś szczególnie przekonany do tego outfitu. Najbardziej cieszyło go malowanie pisakiem blizny na czole. Sytuacja nieco się polepszyła, kiedy Ojciec Dzieciom odwiózł go do szkoły (lekko spóźnionego), a tam w klasie wszystkie księżniczki westchnęły:

– Och to Harry Potter! ( czy też raczej: Oh! ‚Arri Potterhghr).

Po powrocie do domu długo jeszcze nie chciał rozstać się z okularami z drutu, a w pelerynie wyruszył dziś rano na szermierkę.  To mi wystarczy. #dumnamacocha

 

Coś podobnego:

Podziel się:
  • Kreatywna Mama! 🙂

  • PS. Zaczynam dzis z Chodakowska, zaczynasz tez? 😉