Minął rok – już nie boję się zumby. Dlaczego?

Już niedługo minie rok od kiedy napisałam ten post, a tym samym pierwszy ( i ostatni) raz poszłam na zumbę.

Niektórzy z was na pewno pamiętają jaką histerię urządzałam na swoim prywatnym Facebooku, w związku z tym wydarzeniem. Prawie taką jak przed obroną pracy magisterskiej, ale zamiast pytać o to, czym jest odchylenie statystyczne, zastanawiałam się, czy jak się komuś myli lewa i prawa strona, to jest bardzo źle.

Na zumbie było tak, jak wszyscy mówili.

Lewa i prawa to tylko umownie przyjęte oznaczenia kierunków, nikt na nikogo nie zwraca uwagi i w ogóle – odwagi.

Pamiętam, że uparłam się w pierwszym rzędzie stanąć. Przez takim lustrem, które nie jest tak uprzejme jak to w sieciówkach i nie wciąga mi brzucha. Patrzyłam na siebie, ale właściwie to starałam się nie patrzeć. Uciekałam wzrokiem, udając, że mnie tam nie ma. Ale byłam – w butach do biegania i koszulce z napisem „Fitnes for life”. Jak ją kupowałam, to się prawie popłakałam. Nie jestem pewna czy ze śmiechu.

Obok mnie pojawiali się inni uczestnicy kursu i oczywiście wszyscy byli szczuplejsi ode mnie. No dobra, nie jest to aż takie trudne, ale i tak starałam się sobie tego nie mówić. Zgodnie z pierwszą zasadą rozmawiania z samą sobą.

Uważaj co do siebie mówisz, bo może się okazać, że słuchasz.

Nie rozdrapuję i nie rozmyślam nad tym, że jeśli nie jest to aquafitness to zwykle jestem najgrubszą osobą w siłowni.

Bo tak naprawdę, czy coś jest małe czy duże, to wiemy dopiero, gdy mamy jakiś punkt odniesienia. Co prawda, ilekroć odnoszę moją dupę do spodni w rozmiarze 34, tylekroć okazuje się, że nadal jest duża.

Mam jednak na myśli coś innego – co ma bardziej praktyczne konsekwencje w życiu.

Chodzi mi o porównywanie się do kogoś. Kiedy stoi się przed wielkim lustrem ( i zajmuje słuszną jego powierzchnię), obok innych ludzi – widać wszystko dokładnie. Kto zamiast w  lewo – odwrócił się w prawo, kogo mało nie zabił własny biust, komu się nie chce i komu piosenka nie podeszła. Widać, że niektórzy są tu już długo,  a inni mają długą drogę przed sobą, zanim znowu zobaczą swoje stopy. Dopóki się nie skupiamy na tym, że ktoś inny robi lepsze piruety od nas – jesteśmy szczęśliwi z tego, co robimy. Zumba była świetną zabawą, szczególnie dla kogoś takiego jak ja – kto lubi się bawić, ale wszystkie imprezy wymagają niespania po 23. Byłam zadowolona na zumbie, nawet jeśli gdy już się zatrzymałam, mój brzuch nadal wirował wokół mnie i wytwarzał dziwne pole magnetyczne.

Można to zrozumieć opacznie, jako brak ambicji i chęci rozwijania się. Nie o to mi chodziło. Fajnie jest patrzeć na kogoś, kto ogarnia życie, inspirować się i czuć ten przypływ energii: O, fajne coś! Skoro ona tak może, to ja też mogę! Też zrobię!

To zupełnie coś innego niżeli: Inni robią to lepiej ode mnie, dam sobie spokój, zawsze już będę gorsza. 

Rozpoczął się drugi miesiąc mojej Highway to Health. Chciałabym wam powiedzieć, że jest super i sunę jak po lodzie. Ale ja raczej sunę jak lodołamacz. Co chwilę jakiś lodowiec zatapia mi Titanica. Luty zaczęłam z mniejszą wagą niż styczeń, to się liczy. A ile mniejszą i że inni nie jedli czekolady, bo mieli okres, a potem bo deszcz padał? No to ich strata.

 

Coś podobnego:

Podziel się:
  • To bardzo pozytywne, ze luty zaczal sie z mniejsza waga niz styczen. Trzymam kciuki 🙂

  • Na moją salę chodzą tak różne kobiety i jest tak sympatycznie, że chyba mało kto zwraca uwagę na to, kto jest chudszy a kto grubszy. I wlaśnie za to ją bardzo lubię, bo sport to taka fajna zabawa (a zumba to już w ogóle), że nie ma co tracic czasu na ocenianie się i porównywanie 😉
    Cieszę się, że luty zaczął się mniejszą wagą. Powodzenia w gubieniu kolejnych kilogramów. I pamiętaj, lepiej mniej i dłużej, niż za szybko i efekt jo-jo 😉

  • Pingback: Odchudzam się: Dietetyk | aniversum()